Nie ma co ukrywać. Ostatni tydzień dla naszego teamu to jedna wielka wędkarska porażka. Planowaliśmy dać Łysemu godziwą odpowiedź na te jego zeszłoniedzielne niespełna dwa metry bieżące suma, lecz rzeczywistość szybciutko postawiła nas do pionu. Właściwie nie złowiliśmy nic, czym by się było warto pochwalić. Na dodatek po raz kolejny okazało się, że serce nie sługa i trzy dni na początku tygodnia zmarnowałem na bieganie po kardiologach zamiast jak normalny biały człowiek iść na ryby.

Zaczęliśmy dopiero w czwartek. Oczywiście od razu zainstalowaliśmy się centralnie pod elektrociepłownią. Nadal nie puszczają ciepłej wody, mimo to liczyliśmy na sukcesy. Kilkugodzinne smalenie wszystkim, co fabryka dała nie przyniosło jednak rezultatów. Nie pomogły zmiany przynęt, gramatury główek czy technik prowadzenia przynęty. Albo nasze mistrzostwo ( 🙂 ) jest zdecydowanie przereklamowane, albo ryby przyłączyły się do strajku policji. W ich przypadku policji wodnej 🙂

Piątek wypadł podobnie. Zero brań, nawet podjęta w stanie krańcowej desperacji próba złapania szczupaczka na naszej zatoczce nie powiodła się. Skoro sandacze dla nas za cwane, postanowiliśmy w sobotę napaść na okonki. Też bez rezultatu. Koniec pierwszej dekady listopada, a okoń dalej nie w stadach tylko się gdzieś szwenda. I najgorsze, że nie wiadomo gdzie. Na zimowisku barek wywaliliśmy całe dziesięć sztuk, w tym jednego wymiarka. Katastrofa!

Boleń sześćdziesiątak. Nic specjalnego, nie ma się czym chwalić ale wziął z klasycznego opadu. Na prawie 7 metrach, kopyto Mikado na główce 5.0/21 gram.

Te trzy dni tak mnie wkurzyły, że niedzielę i poniedziałek zwyczajnie odpuściłem. I to mimo pięknej pogody! W zasadzie cały ten tydzień pominąłbym milczeniem, gdyby nie nietypowe zdarzenie z czwartku. Wziął mi mianowicie bolek, taka sześćdziesiątka. Tyle, że wziął z klasycznego opadu, z dna prawie siedmiometrowego dołu. Ani plecionka osiemnastka, ani hak 5.0 i główka 3/4 oz mu nie przeszkadzały. Łowiłem już tak bolenie, nawet na czterdziestogramowe koguty, ale na Mietkowie. W Odrze mi się zdzrzyło pierwszy raz. No to się chwalę, a właściwie, że chwalić się nie ma czym, to przytaczam jako ciekawostkę 🙂

PS.
Właśnie zadzwonił Pan Stasiuk. Stara go w południe powiedzmy że wkurzyła (Pan Stasiuk wyraził to dosadniej), więc poszedł nad Odrę spokojnie się piwa napić. I nawet wędkę zabrał. I nawet jeden rzut wykonał trafiając, mimo „stanu wskazującego”, centralnie w Odrę. I w tym jednym rzucie wywalił sumka metr dziesięć. Oczywiście zdyskredytowałem od razu to osiągnięcie – a że to nawet nie średniak, niech dzwoni, jak takiego pod dwa metry wyciągnie – ale gula mi skoczyła. My przez trzy dni z tysiąc rzutów i nic, a on jeden i już z osiem kilo sumka na brzegu ma. To się nazywa skuteczność! 🙂