W zeszłym roku sprawiliśmy sobie łódkę, nic specjalnego ale po Odrze da się pływać. Po pierwszych próbach okazało się, że był to strzał w dziesiątkę – zdecydowanie lepsze efekty niż z brzegu (choć pierwsze podejścia do suma okazały się porażką, ale w tym roku, lepiej przygotowani, sobie odbijemy). A skoro są efekty, to ciężko się nimi nie pochwalić. Człowiek już tak ma, ja i Henio oczywiście także. W naszych czasach, obaj jesteśmy w wieku przedemerytalnym, to się przy piwie czy innej wódeczce opowieści wędkarskie snuło, sławiąc swój kunszt i spryt wędkarski. Jednak Świat poszedł ostro do przodu, pojawiły się te wszystkie internety i takie tam fejsy, i żeby być na czasie, on line bodajże to się nazywa, postawiłem sobie bloga i na nim zamierzam publikować swoje przechwałki.

Zamierzałem zacząć rok od okoni, na boczny trok i z opadu, ale najpierw atak zimy a później wyjazd na Święta pokrzyżowały mi plany. W kwietniu w Białogardzie łaziłem trochę nad Liśnicę i Parsętę, ale bez efektów wartych wspomnienia. Jedyny pożytek z tego to to, że wyciąłem kilka klatek na moim ulubionym odcinku Parsęty. Tak zarosła krzajami, że latem zupełnie dostępu do wody nie ma. W tym czasie Henio zwodował łódkę i zaczął łowić.

Heniu zaczął łowić. Bolenie z okolic wrocławskiej elektrociepłowni złowione na bezsterowe woblery boleniowe heniowego pomysłu.

Zaczął od okoni na pierwszym zimowisku ale zaraz przeniósł się pod elektrociepłownię. I to było słuszne posunięcie, bo tam już czekały bolenie. Ostatnio zniesiono okres ochronny na bolenia, można go łowić cały rok. W sumie dobrze, bo to jak raz najmniej zagrożony wytłuczeniem drapieżnik. Prawie nikt go nie zabiera, a i ze złowieniem większość ma kłopoty i jest go w Odrze zatrzęsienie. Smaczny może nie jest, ale potrafi dostarczyć wprawnemu wędkarzowi masę uciechy. Miło tak wyskoczyć nad wodę i przerzucić kilka sporych ryb. Dawniej tak było z sandaczem, ale Odra zmieniła się, w tej chwili sandacz występuje w ilościach śladowych. Przynajmniej tak jest na wrocławskim odcinku Odry, w Szczecinie chłopaki nadal tłuką sandacza jak za najlepszych lat we Wrocławiu.

Znudzony gromieniem niemiarowych potokowców pod koniec kwietnia wracam do Wrocławia. I od razu do boju. Pod elektrociepłownią faktycznie Eldorado. Potworów jakichś straszliwych nie ma, głównie padają takie do pięćdziesięciu centymetrów, ale uciechy jest co niemiara. Brania są częste a co jakiś czas melduje się coś bliższego siedemdziesiątki niż wymiaru.

Brania są częste, i na ciepło, i na zimno…  Głównie łowimy na woblery, ja bardziej klasyczne, Henio na boleniowe bezsterowce.

Zabawa pyszna. W sumie do dzisiaj przerzuciliśmy prawie setkę boleni. Do tego doszły jeszcze przyłowy. Głównie Henia, bo mi to się trafiały przede wszystkim leszcze za szelki. Woda pod elektrociepłownią ciepła, wiosna też rewelacyjna i leszcz zaczął się trzeć już w pierwszej połowie kwietnia. Zarazy można było dostać. Jak podpłynęło stado to wystarczyła chwila nieuwagi, minimalne opuszczenie woblera i już trzeba się było męczyć z podhaczonym śluzakiem. A trafiały się takie na oko ponad trzy kilo. Dobrze, że już się wyniosły.

Przyłowy Henia. Przynajmniej jeden, nie pamiętam, czy oba, na delikatnego Stepanowa do 15g, wyczyn sam w sobie. Padły na boleniowe woblery mojej konstrukcji. Może zamiast na bolenie wyszły mi sumowe? 🙂

Łowimy na woblery. Ostatnimi czasy tak się porobiło, że wstyd nad wodą pokazać się z wahadłówką czy ołowianką. Utarło się, że prawdziwi fachowcy to jedynie na specjalistyczne boleniowe woblerki łowią, a na co innego to tylko frajerstwo bez wyników. Woblery robię od zawsze, ale jakoś potrzeby zrobienia takich specjalnie na bolenie nie odczuwałem. W końcu jednak nie wytrzymałem presji, noblesse oblige, i natłukłem tego całe pudło. Skoku ilościowego czy jakościowego nie zanotowałem, ale prestiż wzrósł.

Woblery boleniowe na Odrę w moim wydani. To jedynie część pudła, o którym wspominałem. Przeważają klasyczne z niewielkim, prostopadłym sterem ale zacząłem też robić, idąc za przykładem Henia, talie płaskie bezsterowce.

Henio oczywiście, jako znany miłośnik wszelkich nowinek i prawd objawionych zasłyszanych z trzeciej ręki, choć boleni nigdy na coś innego nie łowił, był największym w okolicy piewcą wyższości woblera nad innymi przynętami na bolenie. Do czasu, ale o tym za chwilę, bo chciałem dodać, że sam takowe woblery zaczął konstruować. Ze swoimi ujemnymi zdolnościami manualnymi miał kłopoty nawet z ich obłym obrobieniem, o wklejeniu porządnego steru już nie mówiąc, więc zrobił serię plaskatych bezsterowych potworków. I co najdziwniejsze (choć może nie, bo bolenie łowiłem na wszystkie możliwe przynęty) coś tam na nie łowił. Utwierdziło go to jeszcze bardziej w przekonaniu o wyższości woblera i jego wykłady na ten temat stały się już nie do zniesienia. Miałem go już obić zwyczajnie i zakazać gadania na ten temat, a w przypadku recydywy z łódki na środku Odry wysadzić, ale czuł by się jedynie szykanowany za poglądy i dalej mnie wkurzał, więc zrobiłem inaczej. Po prostu przy najbliższej okazji zabrałem kilka swoich wysłużonych wahadłówek. I co? Trzy bolenie w pięciu rzutach.

Klasyczne wahadłówki na bolenie. Wydatek groszowy a skuteczność murowana

Wytłumaczyłem mu, że wiosną, gdy boleń intensywnie żeruje, szkoda czasu na woblery. A i w innych porach roku lepiej zaczynać od wahadełka – po prostu przy takiej samej skuteczności wygodniej się na nie łowi. Wystarczy kupną blachę, srebrną, wąską, delikatnie podrasować. No może nie delikatnie, bo trzeba ją zwyczajnie kilka razy młotkiem stuknąć i wyprostować. Można zostawić leciutko podgięty ogon – wtedy wyraźniej macha na boki. I już. Oczywiście zawsze trzeba dostosować się do łowiska, do tego jak i gdzie boleń żeruje, to decyduje o wyborze przynęty, ale nie zmienia to faktu, że wahadłówka jest skuteczna.
Henio nie wydawał się być do końca przekonanym, ale na następny dzień okazało się, że wykupił w Krokodylu cały zapas Wirków. Wyklepywał je jeszcze potem na przystani na jakimś kamieniu, wzbudzając powszechne zainteresowanie. No i oczywiście, jak to on, stał się z miejsca wielkim admiratorem i piewcą chwały boleniowych wahadełek. I teorię oczywiście dorobił i co prawda temat woblerów porzucił, to zaczął mnie w… dywagacjami na temat wahadłówek.
A przy okazji. Mówi się, że starego psa nowych sztuczek nie nauczysz. A tu proszę bardzo!

 

 

Na temat dodawania komentarzy…