Właściwie to od zimy czekaliśmy na ten dzień

…..kiedy WRESZCIE można będzie łowić z trolla, czyli na pierwszy czerwca. Cel- wiadomo, czas i miejsce akcji- do znalezienia/odkrycia/wymyślenia, metodyka z góry założona. Sprzęt i przynęty zakupione, motywacja i silne postanowienie są, zwłaszcza że w zeszłym roku jakoś tak…, no, nie wyszło.  Dodatkowo przez cały kwiecień i maj mieliśmy możliwość obserwowania Lądowych, którzy przedziwnym sposobem „Ekspress-kogut” targali sumy w pobliżu naszego ulubionego boleniowego łowiska, dosłownie na naszych oczach.  Zupełnie nie przejmowali się przy tym faktem, że akurat wtedy sum wedle wszelkiego prawdopodobieństwa odbywał swoje kwietniowo-majowe tarło (wspominałem już o ciepłych wodach zrzutowych z elektrociepłowni? Jeśli nie to właśnie wspominam). A że wszystkie złowione sumy grzecznie wypuszczali to jakoś nie miałem serca opierdalać ich zbytnio za to, choć oczywiście stosowną ilość kąśliwych uwag poczyniłem. Nie popieram tego typu praktyk jak dręczenie ryb na tarliskach i sam nie mam  zamiaru nigdy w czymś podobnym uczestniczyć, bo nawet sumom należy się przecież „w tych momentach” choćby odrobina prywatności.

Start niestety opóźnia się,  z powodu awarii silnika tracimy prawie tydzień, ale w końcu ruszamy. Trollować zaczynamy oczywiście tam, gdzie jeszcze niedawno aż roiło się od sumków czyli w okolicy ujścia wód zrzutowych elektrowni. I tu czekała nas nieprzyjemna niespodzianka, bo sumki z początkiem czerwca jakby rozpłynęły się w nicość. Zero, ani śladu, a żeby nie było że nie umiemy to Lądowi obecnie również nic nie łowią i wkrótce znikają ze „swojego”, do niedawna  okupowanego od świtu do zmierzchu, łowiska-tarliska. A my z Wujkiem Jankiem trollujemy z efektem albo nic- albo „na zębato”.

Pierwszy tegoroczny wymiarek z wrocławskiej Odry

Powoli miny nam rzedną – poważnych (niepoważnych zresztą też) wąsatych ani śladu, o powrocie do boleni żaden z nas nie ma odwagi nawet wspomnieć. Nie tak miało być! Sytuacji bynajmniej nie ratuje ładny, metrowy szczupak (moja trzecia metrówka w życiu) złowiony na własnoręcznie wykonanego, w założeniu rzecz jasna sumowego, wobka.

Odrzańska metrówka- przez kilka minut dzielnie udawała na kiju suma.

Po kilku dniach pływania za sumami Wujkowi Jankowi ubrdały się jakieś trocie albo może miał coś pilnego do zrobienia w domu w Białogardzie, a może jedno i drugie, w każdym bądź razie wyjechał nad Parsętę. A ja zostałem sam z wciąż nie rozwiązanym dylematem sumowym. Na przemian albo trolluję środkiem Oderki  jakimiś kupionymi jako sumowe woblerami (niech Pan Bóg odpuści ich tfu!rcom zupełną nieskuteczność), albo ciągam bliżej brzegu nieco mniejsze podłużne wobki w kolorach fluo made by WJ. Jednak efekty są wciąż głównie zębate

Szczupak 85 cm. Chudy jak węgorz samiec

choć pochwalić się muszę że zarówno ilościowo jak i jakościowo nie jest źle. Dziennie padają zwykle dwa do trzech  szczupaczków 60+ oraz kilka okoni 30+ i co najmniej tyle samo szczupacząt nieletnich (czyli 60-, wymiar ochronny 50 dla szczupaka to IMO jakieś nieporozumienie), okazjonalnie trafia się także kleń lub boleń.

Kilogramowy odrzański okoń. Tego 40-staka łowiłem w tym miesiącu dwukrotnie, w tym samym kamienistym dołku…

Z rozpaczy zmieniam jednak w końcu metodykę – kotwiczę na niedawno-jeszcze-boleniowym, płytkim (2 do 2.5 metra) łowisku i obławiam je systematycznie sporymi ripperami. Nie trwa to długo, po kilkunastu rzutach czuję na kiju mocne uderzenie w przynętę. Wreszcie jest, powoli wysnuwa linkę z kołowrotka i czuję jak trzęsie miarowo łbem. Mam na kiju sporego suma! Niestety niedługo cieszyłem się holem,  a jedyną pamiątką po OMC życiowej  rybie jest na długo zapamiętany widok szerokiej żółto-brązowej płachty cielska pod powierzchnią wody i rozgięty hak ripperowej główki. Śni mi się potem ten sum przez kilka nocy…ech. Na drugi dzień jadę do „Krokodyla”, kupuję kilkanaście jigowych główek odlanych na już-na-pewno-nie-do-rozgięcia-hakach i przez kilka kolejnych dni  biczuję nielitościwie wodę w okolicach mojej niedawnej sumowej porażki. Bez rezultatu.

W ostatnim tygodniu czerwca wracam do trollowania, najpierw godzinkę-dwie środkiem rzeki z kupnymi „sumowymi” po czym przez resztę dnia odgrywam się przy brzegach na biednych szczupakach, które nagle objawiły się we wrocławskiej  Odrze w jakichś nienotowanych nigdy przeze mnie dotąd ilościach. Wreszcie pod sam koniec miesiąca (czyli dziś właśnie)  trafia mi się „przy trzcinkach” nieduży, nieco ponad 90 cm sumek, który połaszczył się na równie niedużego, okoniowego woblera. Nie zmienia on jednak poczucia  niedosytu i wrażenia że cały czerwiec został właściwie zmarnowany na jakieś, za przeproszeniem, szczupaki.

Pierwszy (oby nie ostatni) tegoroczny w pełni „legalny” sumek z wrocławskiej Odry

 

 

Na temat dodawania komentarzy…