Wszelkie żelastwo nie jest specjalnie moją domeną. Już przy okazji postu o obrotówkach wspomniałem, że nad wodą preferuję woblery i gumy. Oczywiście znajdzie się spore grono krytyków takiej postawy, uważających, że najlepiej to jest w ogóle bez gumy. Uprzedzając falę krytyki powiem tylko, że w życiu nie można mieć wszystkiego 🙂 Wracając do wahadełek, to praktycznie używam tylko wahadłówek boleniowych. Jednak własnoręczne robienie wahadłówek na bolka uważam za zajęcie zupełnie pozbawione sensu. Byle wirek za 3,50 PLN klepnięty ze dwa razy młotkiem też się nada. Szkoda czasu.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z wahadłówkami na troć, przynajmniej w moim przypadku. Robię je od czasu do czasu. Z trzech powodów. Po pierwsze, bo lubię je robić. Po drugie, bo jako zaprzysięgły menelarz lubię mieć nad rzeką przy sobie „wszystko”, więc wahadłówek nie może zabraknąć. Zwłaszcza, że nad taką Parsętą wahadłówki są popularną przynętą, a posiadanie kilku własnoręcznie wykonanych niebrzydkich egzemplarzy nobilituje i przenosi posiadacza do grona wtajemniczonych fachowców. Po trzecie, to z nudów. Gdy siedzę w Białogardzie i niespecjalnie mam sensowniejsze zajęcie, to sobie wtedy wahadłóweczkę popełniam 🙂

Klasycznych karlinek, tych w kształcie latawca („naukowo” to chyba będzie deltoid o zaokrąglonych wierzchołkach) nie robię już od lat. Dlaczego? A nie wiem, jakoś tak wyszło 🙂 Mam jeszcze dwie z dawnych czasów, ale są to dla mnie takie talizmany-maskotki i do wody ich już z dziesięć lat nie zapuszczam. Moje błystki mają obecnie mniej więcej kształt jajka (fot.6). Taka Alga, jak kto jeszcze pamięta, co to takiego. No może ciut bardziej zaokrąglona i zdecydowanie mocniej wykrępowana. I z szerszym „nosem”. To po to, by błystka łatwiej wpadała w ruch wirowy. Bo prawda jest taka, że trociowa wahadłówka, mimo swej nazwy, to się kręci, nie waha 🙂 A dlaczego robię dwukolorowe? Bo takie wyglądają bardziej fachowo. I z powodów technicznych, ale o nich za chwilę.

Moje klasyczne Karlinki. Ze trzydzieści lat już mają. Zostały mi dwie z dawnych czasów i traktuję je już tylko jako przynoszące szczęście maskotki. W wodzie to z dziesięć lat nie były 🙂

Jeszcze tylko uprzedzę, że te moje sposoby i inne patenty na trociową wahadłówkę to skierowane są do tych, co jak ja chcieliby sobie taką błystkę tak dla zabawy zrobić. Po prostu chcę pokazać, że niewielkim nakładem sił i środków, bez jakichś specjalistycznych narzędzi, jesteśmy w stanie zrobić fajną, a bywa i łowną przynętę. Może kiedyś namówię Mirka Hajduka, to prawdziwy profesjonalista w te klocki, by się fachowo wypowiedział na temat karlinek i innych garbatek.

Materiał na błystki wahadłowe (wahadłówki)

Wielkiej sensacji nie wzbudzę, gdy powiem, że wahadłówki to się z blachy robi. Najlepiej jakiejś nierdzewnej. Nada się wszystko od mniej więcej milimetra grubości w górę. No chyba, że ktoś chce zrobić sobie trzebiatówkę (to taka karlinka z cienkiej blaszki, a zestaw dociąża się dodatkowo umieszczanym na lince powyżej błystki ołowianym ciężarkiem). Albo trzebiatówkę, albo zastosować mój patent. Grubsza blacha ma przykre właściwości. Ciężko ją przyciąć, z wyklepaniem też są kłopoty. Można ją trochę zmiękczyć poprzez odpuszczenie – rozgrzanie i spokojne wystudzenie, ale i tak się trzeba narobić 🙂 W przypadku mojej metody takich kłopotów nie mam. Błystkę robię z dwóch warstw blachy, najczęściej 0,6-0,7 mm, łącząc je cyną. Uzyskuję pożądaną grubość, a nadal można całość obrabiać bez specjalnego wysiłku. Nie ma kłopotu z przycięciem zwykłymi nożyczkami, brzegi objeżdża się pilnikiem aż miło 🙂

Skąd wziąć blachę? Kupno całego arkusza zdecydowanie odradzam. Drogo wychodzi. Sam zaopatruję się w lumpeksach. W większości, poza odzieżą, mają jakieś metalowe szpargały. I to spośród nich wybieram „surowiec”. Ze względu na lutowanie głównie coś miedzianego albo mosiężnego. Poluję oczywiście na jakieś posrebrzone, niklowane czy chromowane ustrojstwa. Tu warto ze sobą nosić mały magnes. Do sprawdzania, czy aby to nie jakieś zwykłe żelastwo, które raz dwa nam zardzewieje, nie mówiąc już o tym, że za Chiny Ludowe nie da się zlutować. Warto też zachować czujność przechodząc obok prowadzonych prac dekarskich, wymiany rynien itp. Zawsze można kilka ścinków wytargować 🙂 Polecam szczególnie rynny z tytancynku – materiał doskonale się obrabia, lutuje i poleruje. No i srebrny jest 🙂

Dwukolorowa wahadłówka krok po kroku

Pierwszą rzeczą jaką musimy zrobić, to sporządzić plan. W tym wypadku sprawa jest prosta. Musimy sobie na jakimś kartoniku narysować naszą wahadłówkę. Wycinamy nasze dzieło (fot.1) i od tak powstałego szablonu odrysowujemy kształt błystki na kawałku blachy. Ja to robię ostrym rysikiem (najczęściej wkrętem do regipsów) (fot.2), ale można ołówkiem czy mazakiem. Nic łatwiejszego 🙂 Teraz wycinamy kształtkę z blachy (fot.3)(fot.4), wyrównujemy pilnikiem (fot.5) i już połowę błystki mamy gotową (fot.6).

Wzornik z kartonu gotowy, rysik i nożyczki też, kawałek blachy naszykowany. Możemy się brać za naszą Karlinkę 🙂 Co do wzornika, to jeżeli zamierzamy robić więcej blach, warto jedną zostawić i poświęcić na wzornik. Ten kartonowy to jest tylko kilkurazowego użytku.

Odrysowywanie kształtu naszej blachy. Ja to robię wkrętem do regipsów. Mają twardą, ostrą końcówkę i doskonale się do tego celu nadają.

Wycinanie naszej wahadłówki. Róbmy to z małym zapasem, by nie przedobrzyć i nie zmarnować kształtki.

A teraz dajmy szansę wykazania się płaskiemu pilnikowi 🙂

Niedokładności wycinania koryguję płaskim pilnikiem. Przy tej grubości blachy idzie to piorunem 🙂

No i pół blachy mamy gotowe. Możemy się wziąć za lutowanie.

Na drugą połówkę przygotowujemy kawałek blaszki na tyle duży, że zmieściła się na nim swobodnie nasza wcześniej wycięta kształtka. Teraz to trzeba zlutować. Ja to robię w następujący sposób. Czyszczę obie kształtki z jednej strony i smaruję pastą do lutowania (fot.7). Następnie kładę ten przycięty z grubsza kawałek na palniku kuchenki (fot.8) i zapalam gaz. Jak się rozgrzeje i pokryje cyną, to dodaję jeszcze odrobinę cyny (fot.9). Jej ilością można w pewnym zakresie regulować grubość, a co za tym idzie i ciężar błystki. Jak blaszka chwilę przestygnie, to oskrobuję ją z przyfajczonych resztek kalafonii (fot.10). Teraz składam ją  z tą idealnie wyciętą kształtkę i całość kładę na palniku (fot.11). Włączam gaz i czekam, aż cyna wypłynie spod brzegów tej dobrze wyciętej części i otoczy ją ładnie dookoła (fot.12). Wtedy wiem, że obie części są dobrze zlutowane. Jeszcze chwila studzenia (fot.13) i już brudniejsza połowa robota za nami (fot.14). Teraz czas na tę hałaśliwszą 🙂

Lutowanie blachy zaczynam od „namaszczenia” jej połówek pastą do lutowania. Sprawdźmy, czy drugie strony obu elementów nie upaćkały się pastą, żeby później nie było na nich nieplanowanych śladów cyny.

Teraz kładę ten z grubsza wycięty kawałek, zapalam gaz i czekam, aż z pasty wytopi się cyna i pokryje cała blaszkę.

Sama pasta to trochę za mało i trzeba dodać jeszcze cyny. Lepiej to robić przy zgaszonym palniku, bo to i rąk nie poparzymy, i nie odtopi się nam większy kawałek i nie zaświni kuchenki. Palnik jeszcze przez kilka chwil po wyłączeniu jest na tyle gorący, że cyna się topi i możemy ją rozprowadzić po całej blaszce.

Po paście zostają przyfajczone ślady kalafonii. Lepiej je zeskrobać, bo w tych miejscach lut może nie złapać.

Na powleczony cyną kawałek kładę drugą część naszej błystki i można znowu zacząć grzać 🙂

Podgrzewam, aż cyna wypłynie spod górnej części. Możemy ją lekko docisnąć, wtedy cyny wypłynie więcej i blacha będzie cieńsza, a przez to lżejsza. Możemy wcześniej nałożyć więcej cyny, nie dociskać i efekt będzie odwrotny 🙂

Żeby nie spieprzyć dotychczasowej roboty czekam, aż cyna spokojnie zastygnie.

No i blacha zlutowana. Teraz czas na cięcie, gięcie i wiercenie 🙂

Zanim jednak zacznę hałasować, czyli stukać i wiercić, jeszcze uwaga raczej o charakterze taktycznym, nie technicznym. Żeby nasza błystka nie była nie tylko pierwszą, ale i ostatnią jaką zrobimy, to eksperymenty z gazem radzę robić, gdy małżonki czy tam innej decydentki od spraw kuchennych nie ma w domu. No chyba, że ma się wyjątkowo tolerancyjną drugą połowę. Osobiście w istnienie takowych wierzę niespecjalnie, więc doradzam zachowanie pełnej czujności i ostrożności 🙂 Można też do lutowania użyć lutlampy (taki palnik gazowy). Kuchenkę mam pod ręką, a lutlampę muszę pożyczać od sąsiada, więc zazwyczaj pada na kuchenkę 🙂

Po zlutowaniu przycinam wystające brzegi nożyczkami (fot.15, 16, 17) i wyrównuję pilnikiem (fot.18, 19). Następnie wybijam łuskę. Robię to zwykłym starym dłutem (fot.23, 24). Żadna filozofia 🙂 Teraz klepanie. Do tego używam młotka, co dziwnym chyba nie jest 🙂 , śrub z półkolistą główką i pieńka z lekkim zagłębieniem. Trochę postukam śrubą (fot.25), trochę powyrównuję krawędzie na brzegu (fot.26) imadła czy na główce wkręconej w nie śruby (fot.27), podginam nosek w imadle (fot.28).Tak kilka razy, aż uzyskam pożądany profil (fot.29, 30). A, uwaga praktyczna. Warto przed wybijaniem łuski i klepaniem naszą kształtkę wstępnie wypolerować (fot.21, 22). Po podgrzewaniu na gazie miedź czy tam mosiądz strasznie śniedzieją (fot.20) i jak takie „połuskujemy” i wyklepiemy, to ciężko je będzie później doczyścić.

Jak nie zalaliśmy za nadto brzegów cyną, to z obcięciem wystających brzegów nie ma problemu. Zwykłe nożyczki wystarczą 🙂

Lepsza strona medalu. Nad nią już pracowaliśmy wcześniej.

No i ta gorsza strona. Tu bez interwencji naszego płaskiego się nie obejdzie 🙂

Objeżdżamy płaskim pilnikiem wystające krawędzie. Blaszka jest cienka (0,7 mm), to idzie przysłowiowym piorunem 🙂

I po chwili oba jajka się zeszły 🙂

Teraz małe polerowanko. Lepiej w tym momencie, bo po wybiciu łuseczki i wyklepaniu już tak łatwo czyszczenie nie pójdzie.

Mój dokonany na poczekaniu wynalazek może rekordem świata wśród maszyn szlifierskich to nie jest, ale…

…ale z naszą błystką poradził sobie całkiem nieźle 🙂

Jak bardzo powinna być wykrępowana (wygięta i zaokrąglona) nasza błystka? Ze względu na mnogość kształtów ciężko podać optymalną wielkość. Ogólnie zasada jest taka, że im większe wygięcie, tym agresywniejsza praca. Ale tylko do pewnego momentu. Jak przesadzimy, to prowadzona błystka obróci się wypukłością w dół, i zamiast ostro zamiatać zacznie się jedynie kolebać na boki. Szczególnie łatwo przegiąć 🙂 przy błystkach o bardziej wydłużonym kształcie. Trzeba nabrać wyczucia – jak zwykle doświadczenia nic nie zastąpi 🙂

Wybicie łuseczki to nie jakieś tam sztuki tajemne. Półokrągłe dłuto, młotek i heja! Lepiej łuseczkę robić tępym dłutem, żeby nie przeciąć przypadkiem blaszki, bo wtedy przy krępowaniu brzegi się rozlezą i kiepsko to wygląda. Z tych samych powodów nie naparzamy młotkiem bez opamiętania. Z czuciem, Panowie, z czuciem 🙂

Jak na tak mizerny „park maszynowy” efekt jest całkiem przyzwoity 🙂

Jak przy woblerach niezastąpione są spinacze biurowe, tak  szanujący się wytwórca wahadłówek (obrotówek także) powinien mieć zestaw wpustowych śrub do drewna z okrągłą główką. Dla takich amatorów, jak ja, to idealny przyrząd do wyklepywania blach czy skrzydełek.

Można wyklepywać śrubą, jak na poprzednim zdjęci, można też i na śrubie. Byle nie tłuc za mocno, bo zdefasonujemy łuseczkę.

Jeszcze tylko jakieś małe poprawki na brzegu imadła…

…nos do góry…

…i gotowe. Nasza błystka widziana od „grzbietu”…

i od „brzuszka” 🙂

W naszej błystce brakuje jeszcze tylko otworów na kółka łącznikowe. Jak je próbowałem robić przed klepaniem, to mi wychodziły „zezowate”, więc robię je na koniec. Otwór wiercę wiertłem o mniejszej średnicy, niż planowana. Zawsze jakoś się trochę „przekosi”. Lepiej wziąć cieńsze wiertło, a potem powiększyć otwór w odpowiednią stronę. Ja to robię końcówką nożyczek (fot.31). Jeszcze fazowanie otworów grubym wiertłem (fot.32). Blacha jest miękka więc idzie to piorunem (fot.33)

Otwory na kółeczka łącznikowe wiercę wiertłem  o mniejszej średnicy niż zaplanowana, a potem rozwiercam otwór, tak by był usytuowany symetrycznie. Wolę ten sposób niż od razu wiercić właściwą wielkość – wzrok już nie tęgi i lepiej zachować jakieś pole manewru 🙂

Teraz już tylko małe fazowanko otworków grubszym wiertłem…

I błystka gotowa do uzbrojenia. Ewentualnie przedtem końcowe „liźnięcie” na polerce.

Teraz końcowe polerowanie (polecam tę zieloną pastę polerską i filc, najlepiej na jakiejś tarczy którą można założyć do wiertarki). Miałem taką, ale gdzieś się zapodziała i teraz posługuję się wynalazkiem, o którym już wspominałem pisząc o obrotówach (fot.34). Wygląda toto haniebnie, ale daje radę 🙂 (fot.35)

O właśnie, wspomniane wcześniej liźnięcie.

Noooo. Teraz to już w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku możemy założyć kotwiczkę 🙂

Zostało nam jeszcze zbrojenie i błystka gotowa. No chyba, że jeszcze chcemy upiększyć deko nasze cudo i je posrebrzyć. Kiedyś robiłem to pocierając powierzchnię błystki lapisem, takim świństwem na kurzajki. Była to mieszanka azotanu srebra i cynku bodajże. Była, bo niestety od lat już go nie ma w aptekach. Podobną sztuczkę można zrobić używając do pocierania papieru fotograficznego moczonego w utrwalaczu. Albo czystego azotanu srebra, ale ten daje bardziej czarną jak srebrną powłokę. Można też zrobić jakieś srebrne akcenty cyną (także na etapie lutowania). Jak już uznamy, że osiągnęliśmy sam szczyt piękności, to możemy nasze cudo zatargać nad wodę. Nie gwarantuję, że naszym żelastwem dokonamy jakiegoś pogromu. Ale kto wie… 🙂

Nasza dwukolorowa Karlinka już uzbrojona i gotowa do akcji. Na zdjęciach powyżej (w środku) w towarzystwie dwóch koleżanek. Srebrno-miedzianej i srebrno-złotej.

Jeszcze jedna uwaga na koniec. Nie przesadzajmy specjalnie z grubością naszych trociowych błystek. Troć z trzech metrów potrafi się podnieść do  muchy, więc chyba nie ma potrzeby, by orać dno półkilowym żelastwem 🙂

Wujek Janek 🙂