Nieszczególna pogoda, porywiste wietrzysko, brak boleni pod elektrociepłownią. Do tego obowiązki zawodowe i chory Pimpek. To wszystko sprawiło, że z tydzień nie byłem na rybach. Jak na takiego nałogowca, jak ja, to strasznie długo. Ale w ostatni poniedziałek już nie wytrzymałem i wybrałem się nad rzekę.

Henio w ciągu tego tygodnia mojej absencji próbował coś łowić, ale bez jakichś oszołamiających wyników. Smyczył głównie pod elektrociepłownią czekając na bolenie. Nie doczekał się bolków, jedyna godna uwagi ryba, jaką złapał, to leszcz na drop shota. Leszcz, a właściwie to leszczyk, marny, ale osiągnięcie, przynajmniej dla nas, stosunkowo niecodzienne. Choć z drugiej strony, po tym, jak Henio został Znanym Łowcą Krasnopiór, już ten wyczyn tak nie dziwi 🙂

Nie połowił Henio pod elektrociepłownią, za to nerwy sobie zszarpał patrząc, jak kilka ekip łowi sumy. I to nie przypadkiem, ale wyraźnie się na nie nastawiając. Niby nie zabierają, przynajmniej Henio nie zauważył, ale sam proceder wydaje się mało sportowy, tudzież niezbyt etyczny. W końcu po coś ten okres ochronny jest wyznaczany.

 

Podleszczyk Henia złowiony na drop shota

Plan na poniedziałek mieliśmy prosty. Najpierw sprawdzamy elektrociepłownię i bolenie, a jak to nie wypali, to spróbujemy poszukać szczupaków, łowiąc w dryfie wzdłuż brzegów. A na koniec wizyta w zatoczkach w trzcinach przed Mostem Milenijnym, gdzie Henio złowił ostatnio trochę okoni.

Plan dobry, ale praktycznie od razu przystąpiliśmy do realizacji jego ostatniej części. Bolenie, mimo puszczanej ciepłej wody, nie pokazały się pod elektrociepłownią. W ogóle nie zauważyliśmy, by uderzył jakiś gdzieś w zasięgu wzroku. Głębiej nie próbowaliśmy ich szukać, ze względu na sumy. Szczupaki w dryfie też nie wypaliły – wietrzysko uniemożliwiało sensowne łowienie. Pozostały okonki 🙂

Pierwsze okonki padają na boczny trok. Klasycznie, z paprochem motorem na haku

Henio namierzył okonie w zatoczkach, więc wpływamy głęboko w trzciny. Kilka serii rzutów z zerowym rezultatem nie nastraja nas optymistycznie. Przestawiamy się, by sprawdzić, czy nie wyniosły się na głębszą wodę. Od razu lepiej. Zacząłem od najmniejszych predatorów z opadu, ale zaraz przestawiam się na paprochy motorki i boczny trok. I to na nie łowię pierwsze dwa, czy trzy okonki.

Na paprochy coś tam brało, ale prawdziwym hitem w poniedziałek okazały się jaskółki Mannsa 5 cm. W szczególności fioletowe

Nie wyglądało, by okonki grasowały w jakimś stadzie, raczej rozstawiły się pojedynczo wzdłuż brzegu, na spadzie z płycizny na głęboką wodę. Przesuwamy się powoli w stronę Mostu Milenijnego i dłubiemy kilka sztuk. Wszędzie pełno zaczepów, więc co i rusz rwiemy zestawy. Zakładając kolejny przypon, zamiast paprocha, tak dla hecy, zakładam fioletową jaskółkę 5 cm. Łowiłem już na jaskółki na boczny trok, ale jakichś rewelacji z tego nie było. Przypon się tylko nie skręcał. A tu rzut, i okonek. Zaraz drugi, trzeci, kolejny. Zrobiło się całkiem miło 🙂

Henio, jako zatwardziały oryginał, mimo że łowił cały czas na drop shota, jaskółki nie zakładał. A to przecież klasyczna przynęta w tej metodzie. Cały czas testował jakieś ściągnięte z Chin dziwactwa, które darzy szczerą miłością. Niestety nieodwzajemnioną, gdyż praktycznie nie miał brań. A ja proszę bardzo! Jaskółki rządziły. I to nie tylko fiolety z brokatem. Żal mi się ich zrobiło, bo miałem takich kilka i po urwaniu dwóch przeszedłem na jaskółki motorowe. Okonki brały nadal. I to takie wymiarki 🙂

Ucichło, więc płyniemy na kamienie przed mostem kolejowym. I to po pańsku! Kraken 380 jest w środku tak obszerny, że nie tylko mieszczą się wszystkie Henia bambetle, ale i on sam może się wygodnie „rozwalić” 🙂

Jak zaczynaliśmy, to wiało strasznie, ale po południu deko ucichło, więc postanowiliśmy zobaczyć, co słychać u okonków na kamiennych wypłyceniach po prawej stronie Odry przed mostem kolejowym. Słychać było jak najlepiej 🙂 Henio przestał dziwaczyć i też założył jaskółkę. I zaczął łowić. Tyle, że ten poniedziałek nie był wyraźnie jego dniem. Mi trafiały się wymiarki, nawet jeden pod trzydziestkę. A Henio, co wyciągnie, to dziesięć – dwanaście centymetrów. Pewnie zaszkodził jego skuteczności mój ostatni post „Henio Łowca”. Zwyczajnie przechwaliłem go 🙂

Heniowi jakoś w poniedziałek nie szło. Jak przeszedł na jaskółki, to też zaczął łowić, ale w haniebnej rozmiarówce

Henio dzielnie bronił swojej pozycji mistrza w łowieniu mikrookonków. Raz mu co prawda zagroziłem jakimś dwunastakiem, ale szybka seria Henia złożona z dziesięciocentymetrowych okonków pokazała, kto jest w te klocki najlepszy. Ale się nie poddałem. Liczył się wynik – do wygrania wszystkich klasyfikacji brakowało mi tylko najmniejszej ryby dnia. Praktycznie w ostatnim rzucie przebiłem heniowe maleństwa. Totalny sukces, proszę koleżeństwa! 🙂

Heniowi nie szło, ale zwycięzcą w konkursie na najmniejszego okonia zostałem ja, łowiąc uwiecznionego na powyższym zdjęciu pasiastego potwora

Jaskółkowy poniedziałek dowiódł dwóch rzeczy. Po pierwsze, że gdy wybieramy się na ryby, warto mieć jakiś plan awaryjny. A jeszcze lepiej dwa albo nawet trzy. Gdybyśmy wystartowali tylko z boleniowymi kijami, to pewnie po dwóch godzinach bezowocnego młócenia wody wracalibyśmy wkurzeni do domu. A tak, mając alternatywę w postaci okoniowego sprzętu, do wieczora mieliśmy zabawę z pasiastymi. Druga sprawa to właściwy dobór przynęty. Nie ma tej jedynej i cudownej. Warto czasami poeksperymentować, założyć coś nietypowego. I może totalne bezrybie zmieni się w dzień jaskółki. Taki, jaki nam się trafił 🙂

Wujek Janek 🙂

 

PS. W przygotowaniu filmik dokumentujacy nasze „dokonania” w dniu jaskółki. Powinien być na dniach dostępny 🙂

PS2. Poniżej obiecany filmik 🙂