Z gwiazdkowymi prezentami bywa różnie. Czasami, jak się pod choinę zajrzy, to ręka sama po nóż do kieszeni sięga. A tu rodzina dookoła, nastrój świąteczny, kapusta z grzybami, barszcz uszu nadstawia, więc człowiek tylko zaklnie z cicha „znowu k… skarpetki” i robi dobrą minę. No bo coby nie gadać, Wigilia rzecz w narodzie święta 🙂 Ale w tym roku jak raz narzekać nie mogę. Dostaliśmy z Heniem naprawdę wypasiony prezent. I to od pogody, na którą zazwyczaj nie ma co liczyć.

Ten prezent to kilka dni prawdziwej wiosny w końcu grudnia. Łódkę mamy cały czas na wodzie, więc nie mogliśmy nie skorzystać z tak sprzyjającej aury. Ruszamy w piątek. Plan jest prosty. Łowimy okonie na zimowisku barek. Oczywiście Henio nie byłby sobą, gdyby nie wymyślił przy okazji czegoś głupiego. Uparł się, by płynąć na drugie zimowisko, bo na pierwszym był kilka dni wcześniej i nic nie złapał. Od razu wiedziałem, że to będzie porażka, bo przy tak silnym wietrze, jak ten piątkowy, to można będzie łowić jedynie w końcu zimowiska, a ten zapewne będzie oblężony przez korzystających jak my z ładnej pogody gliździarzy. A poza tym na drugim zimowisku nigdy nic nie brało o tej porze. I faktycznie. Od osłoniętego od wiatru brzegu odgradzają nas skutecznie zarzucone gruntówki. Zero możliwości manewru, łowię jednego okonka i wynosimy się stamtąd.

Na wodzie pusto, łódki w marinie czekają już od dawna na brzegu na nadejście nowego sezonu, a tu wokoło wiosna na całego. Dwudziesty grudnia, piętnaście stopni i słońce 🙂 Ale nam się prezent od pogody na Gwiazdkę trafił 🙂

Płyniemy na pierwsze zimowisko. W dodatku pod falę, więc załapujemy się na lekki prysznic. Nie ma kary na Henia i jego pomysły. Na miejscu z początku też nie wygląda za wesoło. Co prawda wiatr tak nie dokucza, ale brań nie ma w ogóle. Pod mostem nic, w rogu też lipa. Przestawiamy się w róg przy przystani. I to jest strzał w dziesiątkę. Zaczynają się brania. A dokładniej rzecz ujmując, to ja mam brania, a Henio bez kontaktu z rybą. Prawie rzut za rzutem wyciągam okonki. I to całkiem niezłe. A Henio ani skubnięcia.

Prawdziwy fachowiec w akcji 🙂

Wyraźnie jego pancerny zestaw jest zbyt toporny na bardzo ospale żerujące okonie. Nie ma typowych pobić – puknięć, tylko jakieś takie memłanie. Ja tam daję radę bocznym trokiem, choć „pracuję” prawie w miejscu. Minimalne skoki z długimi przerwami, a jak co skubnie, to trzeba przestać robić cokolwiek. Tak by zmarznięty okonek (woda 4 stopnie, przynajmniej tak Henio wymierzył) miał czas głębiej łyknąć gumkę. W ogóle spodziewając się bardzo delikatnych brań od razu uzbroiłem zestaw w cienkie jak włos dziesiątki i plemniki, zamiast używanych zwykle szóstek czy ósemek i paprochów.

Poniżej część piątkowego urobku z pierwszego zimowiska. Nie wzięliśmy kamerek, więc nie ma zdjęć z akcji, tylko takie prezentacje zdobycz plus szczęśliwy łowca 🙂

Brania trwają prawie do trzeciej po południu. A potem jak nożem uciął. W sumie łowię dobrze ponad dwadzieścia okonków. Henio z Pimpkiem zajmują ex aequo dobre drugie miejsce. Obaj nic nie łowią, choć Henio miał swoją szansę. Ciągnął przez chwilę okonka, ale mu się wypiął. Wracamy, ale umawiamy się, że jak pogoda dopisze, to i w sobotę wypłyniemy. Zwłaszcza, że Henio pała rządzą rewanżu i chęcią rehabilitacji po zerowym wyniku. Przebąkuje nawet, że może uzbroi drugi kij do bocznego troka, bo drop shot wydaje mu się trochę mało skuteczny. Ha, ha, mało! 🙂

To łaskawsze spojrzenie na boczny trok to u Henia straszliwy przełom, wymagający okrutnego gwałtu na osobowości. Do tej pory honor nie pozwalał mu na korzystanie z moich rad i popracowanie nad techniką łowienia na boczny trok. Za to dopracowywał najdziwniejszy zestaw do drop shota w całej Zjednoczonej Europie. Gdy okonki żerowały normalnie, od biedy jego pomysły i wynalazki sprawdzały się. Ale przyszła chwila prawdy i totalna lipa. Ale wierzyłem w niego i byłem strasznie ciekaw, jak też w jego wydaniu ten boczny trok będzie wyglądał 🙂

Sobota

Pogoda od rana w sobotę prezentowała się nieźle, więc jedziemy. Na przystani od razu rzucam się oglądać heniowy zestaw. O dziwo wygląda całkiem normalnie. Tyle, że szesnastka na przyponie i haki do złudzenia przypominające te węgorzowe psują nieco obraz całości. Ale i tak jest nieźle, płyniemy. Od razu w kąt pierwszego zimowiska, ten przy marinie, gdzie w piątek przyzwoicie brało.

Brania są całkiem częste, ale rozmiarówka niestety haniebna. Szału nie ma 🙂

Szału nie ma. Okonki biorą, niestety w haniebnej rozmiarówce. I jeszcze bardziej ospale, niż dzień wcześniej. Ale tym razem i Henio ma brania. Po kilku próbach i zastosowaniu się do moich rad wyciąga cztery okonki. Mnie nie dogania, ale od piątku progres straszliwy 🙂 Oczywiście odmawia skorzystania z moich przyponów i twisterów. Łowi cały czas na grubą żyłę i te węgorzowe hakolce. I jakieś ściągnięte z Chin wynalazki. Ale powoli zaczyna czuć temat 🙂

Heniu się z początku mota trochę, ale w końcu też zaczyna łowić. Widać, że zaczyna czuć temat 🙂

Przed drugą brania ustają. Nie pomaga parokrotne przestawianie łódki. Okonki przestały żerować. Nie ma już co szukać na zimowisku, więc wracamy. Postanawiamy jeszcze urządzić małą dogrywkę w kącie naszej zatoczki. I to był, jak się okazało, pomysł dnia! 🙂

Okonki szaleją. Co rzut, to ryba 🙂

Ja tam bawiłem się świetnie, ale Pimpkowi już się łowienie najwyraźniej znudziło 🙂

Okonki oszalały. Mam brania w każdym rzucie. I to po dwa, trzy, bo skubią bardzo delikatnie i zanim się jeden zapnie, to po drodze jeszcze ze dwa się wypną. Ale dwadzieścia rzutów, dwadzieścia okoni. Jest ekstra 🙂 Tyle, że łowiący równolegle ze mną Henio w ogóle brań nie ma. Daję mu swój kij (od razu wyciąga okonka), a sam próbuję łowić na jego wędkę. Też nie mam brań. Czyli już wiadomo o co chodzi. Przeszkadza pancerny węgorzowy zestaw. Zmuszam Henia, by założył mój przypon i mannsa plemnika. I totalna odmiana. Też ryba za rybą!

Wreszcie Henio zaczyna łowić jak człowiek 🙂 Trzy lata na tę chwilę czekałem 🙂

Powoli zapada zmierzch i musimy niestety kończyć. Jeszcze na koniec trafia mi się niespodzianka. Wyciągam szczupaczka miaruska. Brzuch ma wypchany – widać nie tylko my przypłynęliśmy tu na okonki 🙂

Niespodzianka na koniec. Szczupaczek wymiarek się trafił 🙂

Podsumowując, te dwa dni to faktycznie jeden z najfajniejszych prezentów gwiazdkowych, jaki mi się trafił 🙂 I zakończenie sezonu niczego sobie 🙂 Jeszcze tylko pozostała do wyjaśnienia kwestia szydzenia z Henia i jego wędkarskich pomysłów. To tak w celu zwrócenia uwagi na znaczenie odpowiedniego doboru metody i zestawu do konkretnych warunków. Nie ma co wydziwiać. Lepiej korzystać ze zbieranych przez lata, a nawet dziesięciolecia doświadczeń i łowić jak normalny człowiek 🙂 Cudowne metody i przynęty nie istnieją. Za to jak najbardziej realne są te adekwatne do konkretnych warunków panujących na łowisku 🙂