Los spinningisty lekkim nie jest. Takiemu gliździarzowi to od biedy do uprawiania haniebnego procederu połowu ryb na robaki czy inne tam ciasto wystarcza kij, trochę żyłki i haczyk. Kawał korka do tego jeszcze doczepi, trochę ołowiu i już może nadziewać te swoje glisty i rosówki na hak. I czuje się wędkarsko spełnionym. A jak jeszcze jakąś niewielką rybkę uda się takiemu przeszpilić (żywiec to się bodajże nazywa), to już całkiem jest w niebie. Wędkarskim oczywiście. Spinningista już tak łatwo nie ma. Spójrzmy prawdzie w oczy. O ile gliździarze odczuwają straszliwy imperatyw, nakazujący im przekłuwanie drobnych żyjątek hakami, tak spinningiści muszą kręcić. I tu pojawia się problem. Czym mianowicie kręcić, czyli jaki kołowrotek wybrać?! Nie jestem wielkim znawcą problemu, ale chciałbym tu przedstawić kilka doświadczeń z kołowrotkami, jakich mi się nazbierało przez te kilkadziesiąt lat nad wodą oraz filozofię (ha! filozofię! 🙂 ), jaką kieruję się przy wyborze kołowrotków.

Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że używam dwóch rodzajów kołowrotków. To ze względu na dwa rodzaje ryb, jakie łowię. To ryby poważne i niepoważne. Albo mówiąc inaczej, łowię ryby metodami poważnymi i niepoważnymi. Każda z metod czy tam rodzajów poławianych ryb wymaga niestety innego kręciołka. Fajnie by było, gdyby znalazł się sprzęt pasujący i tu, i tu, ale lekko nie ma i nikt nie obiecywał, że będzie.

ABU Cardinal 44. Już po akcji na Parsęcie. Z wrześniowym samczykiem z trzeciego zakrętu na łąkach w Dębczynie

Kołowrotek do ciężkiego spinningu i trollingu

Gdy nastawiam się na ryby duże (np. sumy na trolling czy z brzegu), zamierzam używać dużych, stawiających spory opór przynęt czy też główek do 1,5 oz, zakładam kołowrotki, które wytrzymają wszystko. Jakie nie zawiodą w nawet najbardziej ekstremalnej sytuacji i nie będą powodem tego, że spieprzy mi ryba życia. Tu nie ma wielkiego wyboru. Obecnie producenci najwyraźniej doszli do wniosku, że co roku warto coś sprzedać i ich kołowrotki potrafią wszystko. Poza jednym. Nijak nie potrafią wytrzymać więcej jak dwóch, trzech sezonów intensywnego łowienia. Oczywiście mówię o pracy pod dużymi obciążeniami, nie jakimś tam wleczeniu paprochów. Stąd moja wieloletnia, odwzajemniona miłość do starych kołowrotków. Łowię na szwedzkie Cardinale, te jeszcze robione w Szwecji a nie jakąś żółtą zarazę. Może nie nawijają plecionki tak precyzyjnie jak najnowsze Shimano, ale tu liczy się moc, wytrzymałość i trwałość.

Moja ulubiona „cczwórka” nad Parsętą. Mimo trzydziestu lat służby nadal niezawodna. Styczniowy kelcik, tzw. rękaw, nie stanowił dla niej problemu

Do trollingu używam Cardinala 66. Jedno łożysko pod koszem, oś od korbki w tulei z brązu, praktycznie bez jakichkolwiek luzów, przekładnia ślimakowa mosiądz na brąz (najtrwalsze tego rodzaju rozwiązanie), cały z duraluminium. Jest w rodzinie dobrze ponad czterdzieści lat i nigdy nie zawiódł. No raz spadł seger blokujący ośkę szpuli. Naprawa trwała ze trzy minuty, przy okazji obejrzałem mechanizm – ani śladu zużycia, smar jak był biały, tak i przez te wszystkie lata pozostał. Mocny jest, można nim śledzie do namiotu wbijać albo jako windę do kotwicy zainstalować. Siła hamowania w zasadzie dowolna – nie wygląda, by mu przeszkadzało pięć czy dziesięć kilo.

Oczywiście ma wady. Po pierwsze zasraniec terkoce. Trzeba się przyzwyczaić, tak jak i do zamykania kabłąka korbką – to druga wada. Trzecią jest małe przełożenie 2,8:1. Oczywiście to także zaleta, bo jest przez to mocniejszy, ale wkurzająca gdy trzeba skręcić ze trzydzieści metrów pleciony. Jak już wspominałem, plecionki to za pięknie nie nawija, ale przy dwudziestce jaką do niego stosuję nie ma to znaczenia. Spory jest, solidnie wykonany, więc i waży swoje. Stąd polecam drania przede wszystkim do trollingu, gdzie nie trzeba stale wędką wymachiwać.

Cardinal 66 to moja ulubiona zabawka do cięższego trollingu. Tu w towarzystwie sumka 170 cm.

Prawie identyczną konstrukcję jak sześćdziesiątka szóstka ma Cardinal 44. Różnice, zresztą nieistotne, są w mechanizmie blokującym kabłąk. Ma większe przełożenie (5,2:1), ale jest równie mocny i odporny na wszystko jak 66. Jest zdecydowanie mniejszy i lżejszy, więc używam go na trotkę na Parsęcie. Zamykanie korbką kabłąka przy łowieni na centymetry wśród krzajów trochę przeszkadza, ale odrobina wprawy wystarcza, by ten problem przeskoczyć. To stosunkowo nowy nabytek. Kupiłem go parę lat temu, by nie wozić w te i nazad (Białogard-Wrocław) trzeciego z moich Cardinali, C4. To reprezentant ostatniej z serii kołowrotków ABU robionych na całe życie.

Używam go trzydzieści lat i jedyną pretensję mam do sprężynki kabłąka. Fabryczna pękła po pół roku, kolejne dwa lata zajęło mi znalezienie dobrego materiału na zamienniki. W tej chwili robię je z dentalu 0,9 mm. Wytrzymują ze trzy lata intensywnego łowienia. Tu się muszę pochwalić innowacją – zamieniłem fabryczną korbkę na podwójną ze starego Shimano. Równiej się kręci, nie ma teraz „bicia”. C4 używam do wszystkich odmian ciężkiego spinningu, sprawdza się i z brzegu, i z łódki. Lekka konstrukcja z duralu nie męczy ręki, przekładnia ślimakowa mosiądz/brąz podparta tulejami z brązu zapewnia trwałość i niezawodność. Hamulec nie do zdarcia też nigdy mnie nie zawiódł. Kabłąk zamykany już ręką, blokada wsteczna już bez upierdliwej grzechotki, to mój ulubiony kołowrotek 🙂

Tu czterdziestka czwórka w lepszym ujęciu. Szkoda tylko, że trotka wyjątkowo haniebna 🙂

Żeby nie było, że to jakaś kryptoreklama skansenu z kołowrotkami szwedzkiej ABU, przyznam się do posiadania równie nieśmiertelnego jak Cardinale kołowrotka firmy DAM. Quick 4000, o niego chodzi, to wielkie i ciężkie bydlę prawie w wieku mojej 66. I tak samo nic go nie rusza. Jak działał, tak działa. Nie lubię jednak hitlerowca i używam go sporadycznie. Ale jak kto by chciał postawić na niemiecką technikę, to polecam. Tyle, że przypakować musi deko, czterytysiączek lekki nie jest 🙂

Ze starych kołowrotków, znanych z niezawodności, mogę polecić także Penny. Tyle, że to tak raczej ze słyszenia, w oparciu o opinie znajomych użytkowników. Sam raz takiego miałem w ręku, zrobiłem kilka rzutów, daje radę 🙂
O! Mogę przy okazji dać sensowną radę wszystkim, którzy zapragnęliby stać się posiadaczami takich żwawych dziadków jak te moje. Można je kupić na OLX czy Allegro, ale najtańsze są na www.ebay-kleinanzeigen.de. To takie niemieckie OLX, pełno tam takich staroci. I to w cenie o połowę niższej niż u nas. Tyle, że z wysyłką do Polski jest kłopot i trzeba mieć kogoś na miejscu.

Kolejny „nieśmiertelny” kołowrotek z mojej kolekcji. Quick 4000 firmy DAM. Nie lubię specjalnie hitlerowca, jest za wielki i za ciężki.

Kołowrotek do lekkiego spinningu i trollingu

„Sprawę spraw poważnych” załatwiłem, teraz o kołowrotkach mniejszej powagi. To te do metod i ryb wymagających cienkiej plecionki. Niestety, moje ulubione starocie nieszczególnie sobie radzą ze zwijaniem takiej dziesiątki, o cieńszych nie wspominając. Stąd do łowienia wszelkiej maści okoni, kleni, jazi, boleni, pstrągów czy mniejszych szczupaczków musiałem wyposażyć się w bardziej nowoczesne kręciołki. Mają jedno podstawowe zadanie, nawijać idealnie nawet najcieńszą plecionkę. Jak przy tym okażą się w miarę trwałe, to już bonus 🙂 Przy wyborze nie wykazałem się specjalną oryginalnością i postawiłem na Shimano. Od lat łowię głównie na Stradicki. To taki kompromis między ceną i jakością. Wolałbym pewnie Stellę, ale jak dla mnie deko za droga. Nawet dwa deko 🙂 Robią swoje, czyli dobrze nawijają plecionkę, nie rozlatują się po jednym sezonie. Wybieram modele 4000. Nie lubię malutkich kołowrotków i ten rozmiar jest dla mnie w sam raz.

Najnowszy z moich Stradiców. Szybki, przełożenie 6:1, używam go przede wszystkim na bolenie i inne karpiowate. Ma podpartą łożyskami z obu stron nie tylko korbkę, ale i zębatkę na osi. Daje to zaj… efekt, zero bicia mimo pojedynczej korbki, zanim się przyzwyczaiłem miałem wrażenie, że urwałem zestaw. Pewnie w Stellach jest jeszcze fajniej, ale to nie mój przedział cenowy 🙂

Może aż tak długowieczne nie są, udało mi się już zajechać na śmierć dwa z tej serii (plus jednego Twin Powera), ale jak się nimi kręci! Te z podparciem osi szpuli z obu stron to poezja! I nie ma kłopotu, że zamiast łowić musimy co i rusz walczyć z jakimiś brodami. Henio coś o tym może powiedzieć. On kupuje zawsze jakieś gówno na giełdzie, bo mu szkoda kasy, a potem rozplątuje ciągle „plątki”. Oczywiście słowa sobie nie da powiedzieć, ale jak mu wyliczyłem, wiosną gdy łowiliśmy bolenie, to dosłownie tydzień spędził na rozplątywaniu plecionki. Statystycznie co czwarty raz gdy był na rybach, to cały dzień nie łowił tylko walczył ze splątaną plecioną 🙂 Po prostu kiepski kołowrotek kiepsko zwija, plecionka się zakleszcza i przy dynamicznym wyrzucie stosunkowo ciężką przynętą z kołowrotka spada cały kłąb plątaniny. Zmarnowany czas i często kasa, bo nie zawsze da się toto rozplątać i kawał plecionki idzie do piachu.

Biomaster. Konstrukcja jak w Stradicu, ale ma mniejsze przełożenie (4,8:1) i jest od niego mocniejszy. Używam go do lekkiego trollingu oraz niezbyt ciężkiego łowienia „z ręki”. Szpule pasują do Stradica, więc mam więcej możliwości manewru grubością plecionki.

Jasne, że Shimano to nie jedyne kołowrotki na świecie radzące sobie z cienką plecionką. Tyle, że o tych innych to raczej wiem niewiele. Sprawdziły się Stradicki, to je od lat używam i nie szukam czegoś innego. Jak mawiali w wojsku: Uważaj, bo sobie polepszysz 🙂 Z tych „niepoważnych” kołowrotków poza modelami Shimano mam tylko Tim Dragona 930i. Wyglądał całkiem zręcznie, kupiłem go na pstrągi i do łowienia na małe gumki. Spisywał się przyzwoicie, ale przy bocznym troku (obciążenie 7 gram i większe, dynamiczny wyrzut) już lubił robić sztuczki z plecionką. Nie za często, ale się kilka razy zdarzyło. A CI4 przez trzy sezony ani razu nie napsocił. Teraz Dragona używam tylko do przewijania plecionki, jakoś nie mam już do niego serca 🙂

Stradick CI4 to u mnie głównie maszynka na bolenie

Wybierając kołowrotek musimy się liczyć ze sporym wydatkiem. Nie łudźmy się, że zabawka z dziesięcioma łożyskami za sto złotych to będzie to. Porządne niemieckie czy japońskie łożysko w detalu kosztuje stówę, niech w hurcie połowę tego. Od razu widać, co za szajs jest zamontowany w takim cudeńku. Dla każdego spory wydatek oznacza co innego, dla jednego to dwie stówki, dla innych trzy tysiące. Chodzi mi o to, by kupować rozważnie, kierując się relacją ceny do jakości, nie decydować się pochopnie, coś przyoszczędzić, coś zakombinować czy poszukać okazji. Warto zasięgnąć opinii kogoś posiadającego już wybrany przez nas model.

Biomaster jest taki wielozadaniowy, lekki trolling, lekki i średni spinning z ręki

Ciekawą opcją, znacznie ograniczającą wydatek na nowy kołowrotek, jest znowu kupowanie „u Niemca”. Tyle, że w ich wędkarskich sklepach internetowych. Ceny kołowrotków o 1/3 niższe, a ciągle mają jakąś promocję, więc można kupić jeszcze taniej. Za Stradica CI4, z zapasową szpulą dałem około siedem i pół stówy. W tym czasie w Krokodylu ten sam model kosztował prawie tysiąc sto. A szpula to dodatkowe 2,5-3 stówki. Rekordem była jednak promocja na Twin Powery. Coś sprawdzałem na którymś z ich sklepów i doczepiły się do mnie te śledzące adwordsy. W pewnym momencie cena spadła do mniej więcej siedmiu stów na najnowszego Twin Powera. Utrzymywała się przez tydzień. Nie wiem, czy wysyłają też do Polski, mi załatwia takie sprawy mieszkający w Berlinie siostrzeniec, ale warto rozważyć przy planowaniu zakupu „wariant niemiecki” 🙂

Wujek Janek 🙂