Uzupełnienie nowej łódki w postaci 12-konnego chińskiego czterosuwa o nazwie „Storm” wreszcie przyjechało. Na oddanie go, w razie gdyby okazał się kompletnie niechodliwym szmelcem, mam całe dwa tygodnie a tu władza ogłosiła całkowitą blokadę miejsc publicznych  i zakaz wyściubiania nosa z domu, z wyjątkiem  konieczności zaspokajania „życiowych”  potrzeb w rodzaju sklep, szpital czy cmentarz. Siedzę więc lekko poirytowany w czterech ścianach, ale do czasu. Gdy tylko stare zakazy straciły ważność a nowe jeszcze nie zostały opublikowane w Dzienniku Ustaw (czyli 12 kwietnia) podejmuję męską (czytaj: rozpaczliwą) decyzję- płyniemy. Tzn. ja, łódka  i silnik płyniemy, bo Wujek Janek jako legalista zwykle odmawia uczestnictwa we wszelkiego typu podejrzanych imprezach. Nie inaczej było i tym razem.

Sytuacja prawna była mocno niejasna (czy środek Odry to miejsce pełniące funkcje publiczne? czy pływanie łódką i spinningowanie są zaspokajaniem niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego?) więc bezpośrednio  przed wejściem na łódkę  usiłuję się jeszcze zaasekurować dzwoniąc do policji wodnej. Ale tam, jak zwykle, głucha cisza. Wypływam więc ok. godziny 15stej z duszą na ramieniu (bo świeżo po lekturze doniesienia prasowego o mandacie 12 kzł za…..jazdę na rowerze) i mocnym postanowieniem zasięgnięcia „u źródła” opinii o legalności tegorocznego wędkarstwa motorowodnego. Innymi słowy liczę na spotkanie z policją wodną w ich naturalnym środowisku.

Płynę od razu tam gdzie zwykle się pływa o tej porze roku, kotwiczę, uzbrajam spinning w jedynie słusznego w obecnych warunkach bezsterowca własnej produkcji i próbuję otworzyć sezon boleniowy AD 2020. Wokół widać i słychać oznaki agresywnego żerowania co najmniej trzech-czterech boleni więc mam nadzieję że sukces jest tylko kwestią czasu. I rzeczywiście – po pół godzinie mieszania wody przynętą rybka zameldowała się wreszcie na końcu zestawu.

Pierwszy boleń tego sezonu (nie oszukujmy się, boleniątko 🙂 ) i w ogóle pierwsza ryba na pokładzie nowej łódki

„Sukces” pewnie dzierżony w ręku łowcy. Pół kilo jak nic 🙂

Nie był to jakiś szczególny okaz, ale na początek sezonu dobre i to 🙂

W ciągu następnej godziny miałem jeszcze trzy albo cztery boleniowe pobicia ale niestety żaden nie raczył się zapiąć, może z powodu swoich nienadzwyczajnych rozmiarów a może z powodu (celowego, z uwagi na wszechobecne leszcze) uzbrojenia woblera  zbyt małymi kotwicami. Nagle ok. godziny siedemnastej bolenie i trące się wszędzie naokoło leszcze  wymiata niemal momentalnie, a po chwili na wodzie zauważam ślady żerowania rybek cokolwiek większych. Z niepokojem stwierdzam że niektóre z pojawiających się na powierzchni  wirów mają średnicę tylnych kół od traktora.

Nie jestem ciekaw co to za ryby robią w łowisku tyle bezgłośnego zamieszania ani nie mam ochoty sprawdzać czy któraś z nich nie połakomi się aby na mojego wobka. Zwijam sprzęt, podnoszę kotwicę, odpalam silnik i zarządzam pół godzinki pływania bez szczególnego celu po czym z powrotem kotwiczę na żerowisku. Niestety bolenie już nie wracają, przypływa za to oczekiwana policja wodna. Następuje krótka rozmowa, z której wynika że panowie policjanci też nie bardzo się orientują w aktualnej sytuacji prawnej. Dowiaduję się tylko tyle że oni robią to co im poleciło kierownictwo, czyli  spędzają łódki z wody i wędkarzy z brzegu, mandatów nie rozdając. Kończę więc popołudniowy wędkarski wypad w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku (silnik odpala bez zarzutu, pracuje pięknie a w dodatku cicho) ale niespecjalnie mądrzejszy co do ewentualnych  planów wędkarskich na najbliższe dni.

Całe zajście z pierwszym tegorocznym boleniem zostało uwiecznione na filmie, który można obejrzeć poniżej.

 

Marudny Henio 🙂