W pierwszych dniach lipca 

…jakoś tak zagadałem się  przypadkiem z Łysym. Łysy pływa niemal tak samo pilnie jak my ale w całkiem innych rejonach, więc o jego sukcesach wędkarskich nie wiedziałem nic zupełnie aż do czasu tej rozmowy. No i teraz wyszło szydło z worka- okazało się że Łysy od początku czerwca ma już na koncie sumów…. siedemnaście. Siedemnaście  do jednego to już nawet nie jest porażka czy klęska- to jakaś całkowita katastrofa. Jeszcze tego samego dnia wycinam więc z lipy kilka kształtek podobnych do woblerów na które łowi Łysy. Podłużne, spłaszczone po bokach z długimi sterami, całkiem inne niż powszechnie obwołane sumowymi bombki, jajka, gruszki i inne krótkie a pękate wytwory. Na takie właśnie pękate usiłowałem ułowić sumka przez cały czerwiec- bez skutku. Po trzech dniach nowe woblery są pomalowane, polakierowane i gotowe do boju  (spuśćmy zasłonę milczenia na jakość ich wykonania przy takim pośpiechu), a na efekty nie muszę długo czekać.

Pierwsze potwierdzenie wyższości wykonanych wlasnoręcznie sumowych woblerów nad sklepową masówką. I, jak widać na załączonych niżej fotkach, nie ostatnie. Uprzedzając ewentualne pytania informuję, że wykonanych przez siebie woblerów nie sprzedaję, nie wynajmuję ani nie pożyczam. Rozstaję się z nimi jedynie dając znajomym w prezencie albo urywając na zaczepach. Poza tym nie warto ich mieć bo paskudne są i niechlujnie wykonane, gdzie im tam do cudeniek autorstwa Wujka Janka.

Żeby mnie kto dzisiaj zabić za to miał to i tak nie będę w stanie przypomnieć sobie okoliczności złapania tego malucha (na oko między 80 a 90 cm) ani nawet samego faktu nie pamiętam zupełnie. W świetle późniejszych wydarzeń nie ma w tym właściwie nic dziwnego, bo potem maluchów takich  i większych wyjechały krocie, ale data zdjęcia nie kłamie- stało się to dnia 6 lipca. Tego właśnie dnia awansowałem (przynajmniej we własnych oczach) o kilka wędkarskich kategorii wyżej, dołączając do elitarnej grupy Nieustraszonych Pogromców Sumów. Począwszy od 6 lipca 2018 roku moje życie już nigdy nie będzie więc takie samo…..

Pod koniec pierwszej dekady miesiąca wraca Wujek Janek z tych jakichś troci (żadnej nie złapał więc ciekawym skąd wie że był na trociach?). W krótkich żołnierskich słowach opowiadam mu co się podczas jego nieobecności działo- o rozmowie z Łysym, o urodzaju na szczupaki, o czerwcowym bezsumiu, o Lądowych którzy przenieśli się na dwie Sumowe Główki nieopodal ujścia Burzowej Smródki do Odry i nadal łowią sumy tą swoją metodą Express-Kogut…… Wprawdzie mówiłem już mu to wszystko  przedtem przez telefon, ale podeszły wiek ma swoje prawa, a że skleroza, jak wiadomo, nie wybiera, więc niektóre rzeczy trzeba było powtarzać i po kilka razy żeby dotarło. Co się potem dalej działo to już Wujek Janek mniej więcej zrelacjonował  w swoim wpisie o sumach, konfabulując przy tym wprawdzie i przeinaczając, ale najważniejszych faktów nie pominął.

Pierwszy poważny sum ekipy. To ten mniejszy (163 cm) z dubletu Wujka Janka. Ku rozpaczy zgromadzonego na brzegu gliździarstwa i innej gawiedzi po kilku fotkach wrócił do wody.

Rzeczywiście dzięki obranej po przemyśleniach metodyce zaczęliśmy wreszcie łowić wąsate i naprawdę miał swoje lipcowe Święto Konia, kiedy to jednego dnia w absurdalnie krótkim odstępie czasu zapiął dwa największe sumy jakie (wówczas) w życiu widziałem. Nie pamiętał tylko ich rozmiarów- a były to rybska 163 i 174 cm (wiem bo to ja je mierzyłem). No i o tym że tego większego za szmaty zapiął (znaczy za grzbietową część ogona) też zapomniał nadmienić ;), w związku z czym ta ryba nijak nie mogła lądować w łódce, musiała wyjechać na brzeg.  A cyrk był z tym większy niż z wyjmowaniem jakiejś dwumetrówki, no bo jak wyciągnąć na brzeg 40- kilowe, śliskie i wijące się rybsko zapięte za ogon, podczas gdy 3/4 ogromnego cielska jest nadal w wodzie a głowa gdzieś metr pod powierzchnią i prawie dwa metry od brzegu? Nie da się, wszędzie tylko mnóstwo śluzu i brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia…..a przecież w końcu sumek 174 jednak zapozował na brzegu do fotki.

No i ci lądowi mięsiarze, zebrani w gromadkę i  podjudzający nas do zabicia obu zwierzaków,które im jakoby leszcze wyjadają….. nic nie wskórali, sumki wróciły nazad do wody całe i zdrowe. Jednym słowem był to dzień pamiętny, chyba najbardziej epicki w całej mojej dotychczasowej karierze wędkarskiej- 15 lipca 2018 roku.  Dwa wielkie sumy, dwa blisko 60 cm klenie (nikt się nawet nie pofatygował aby uwieczniać fotograficznie taką drobnicę) , szczupak 86, kilowy okoń, trochę pomniejszego drobiazgu….

Gdzieś tak na tydzień przed końcem sierpnia Wujek Janek znowu pojechał na Parsętę udawać łowienie troci, więc zostałem na łódce sam. Nie odpuszczam, bo niemal co dzień łowią się jakieś sumy, ale rozmiarówka nie zachwyca. Przeważają niewymiarki, od czasu do czasu wyjeżdża wąsate 70-80 cm. Nie mam nawet zamiaru ich portretować, zwłaszcza że estetyka fotek zrobionych solo faktycznie przypomina ladę sklepu rybnego w czasach środkowego Gierka.  Aparat wyjmuję więc najwyżej „ku pamięci” czegoś w miarę zbliżonego długością do podstawowej jednostki SI.

Metrowy odrzański sum to zarówno godny przeciwnik na kiju jak i znakomita dwudniowa wyżerka (co ja piszę… UCZTA kulinarna!) dla całej rodziny. Nie będę się krygował, że wypuszczam wszystko co złowię- akurat dla tej rozmiarówki (metrówka idealnie mieści się w moim piekarniku!) oraz dla sporych sandaczy robię CZASAMI wyjątek

Od czasu do czasu trafia się i mnie takie malutkie Święto Kucyka.  Raz było to złapanie w ciągu niecałej godziny czterech sumków ( jeden albo dwa z nich były nawet wymiarowe), innym razem zapinam w czasie dosłownie kwadransa 70 cm sandacza i 90 cm sumka.

Wędkarsko-kulinarny dublecik, praktycznie nie do kupienia w żadnym wrocławskim sklepie

To wszystko jednak raczej mnie irytuje niż cieszy, bo ciągle nie mogę ułowić niczego, co godne byłoby mojego wędkarskiego kunsztu i przekroczyło rozmiarem dotychczasową, dość kompromitującą (115 cm) sumową życiówkę.

Niekiedy zdarza mi się pod nieobecność Wujka Janka brać na łódkę ukochanego koleżanki mojej żony, którego wędkarskie marzenia ograniczają się, póki co, do upolowania swojego pierwszego w życiu wymiarowego szczupaka. Na wejściu wręczam mu mój zapasowy kijek cw do 80g (kij, który zwykle przynosi ze sobą na łódkę, nadaje się najwyżej do połowu raków), a rezultat pierwszej wspólnej sumowej wyprawy chyba „trochę” przekroczył oczekiwania, zarówno jego jak i moje.

Ponad 140 cm sum, złapany przez  wędkarskiego żółtodzioba na zakupionego w „Krokodylu”, schodzącego max na 3 metry i rzekomo szczupakowego wobka

Dosłownie tydzień później Damian (bo tak ma na imię moja nowa wędkarska załoga) znowu pływa ze mną i znowu wyciąga  sumka o niemal identycznych parametrach jak ten powyższy, a ja zaczynam poważnie rozważać znalezienie sobie jakiegoś innego, mniej frustrującego hobby, na przykład dorożkarstwa. Zwłaszcza że już wkrótce dobija mnie całkowicie inny wędkarski nowicjusz z konkurencyjnej łódki, wyciągając na moich oczach „za szmaty” (a raczej za wbitego w grzbiet twistera z kłębem grubej jak postronek plecionki) ponad dwumetrowego sumowego potwora. Jest to ponoć jego pierwszy sum w życiu, w związku z czym jeszcze tego samego dnia do późnych godzin wieczornych przeglądam na  sieci różne modele furmanek i wszystkie oferty sprzedaży koni pociągowych oraz uprzęży.

Na szczęście pod sam koniec sierpnia moja cierpliwość zostaje w końcu nagrodzona, albowiem nastaje Tydzień (a właściwie 10 dni)  X, w ciągu którego do mojej łódki wjeżdżają kolejno sumki 162, 161, 171 i 175 cm, a oprócz nich na kiju meldują się także dwie (a może trzy?) metrówki, których w takich okolicznościach przyrody ani nie miałem siły i ochoty fotografować czy mierzyć, ani nawet nie bardzo pamiętam. Wyczepiam je po prostu przy burcie bez wciągania do łódki, traktując podobnie jak   przedstawicieli sumowego drobiazgu, i pływam dalej w oczekiwaniu na kolejną Rybę Życia.

Sum 162 cm 25 kg, złowiony tuż przed zmierzchem. Mierzenie i ważenie odbyło się w porcie, a potem musiałem sumka wywieźć ciemną nocką (wbrew przepisom o żegludze lądowej!) i zwrócić Odrze. Po minach widać że obaj jesteśmy wykończeni, a przecież czeka nas jeszcze podróż do ujścia portu

Sum 161 cm, 29 kg, z sumowym woblerem mojej produkcji w pysku. Kolorystycznie wobler jest luźną impresją na temat malunku  woblerów Salmo o nazwie Green Tiger; na prywatny użytek nazwałem to moje umaszczenie SS-Tiger

Sum 171 cm, 35 kg.  Najbardziej waleczny ze wszystkich złowionych przeze mnie we wrocławskiej Odrze sumów

Sum 175 cm, 40 kg, właśnie przed momentem wyjechał na powierzchnię. Bardzo efektowna fotka, niestety nawet na uczęszczanej przez łodzie wrocławskiej Odrze rzadko trafia się odpowiednia okazja do tego typu ujęć. Przy okazji podziękowania dla fotografa!

Tak intensywne i efektywne łowienie trwało od 27.VIII do 06.IX, po czym brania sumków skończyły się nagle jak nożem uciął. Trolluję jeszcze przez tydzień na tym samym łowisku w nadziei na powrót olbrzymów, ale te nieodwołalnie odpłynęły w siną dal.  W zamian na sumowym (do niedawna) żerowisku pojawiają się jakieś dziwne ryby (gdzieś już chyba takie widziałem?), co jest dla mnie wyraźnym sygnałem że w tym roku to już raczej koniec.

Sumki odpłynęły w nieznanym kerunku, a zastępstwo w postaci ponad 70 cm bolenia wywołało jedynie irytację

No nic, jakby kto pytał  to przez domniemanie jesteśmy umówieni za rok w tym samym miejscu i czasie.

PS. Aby ewentualnym czytelnikom bloga, nie dość obeznanym z tematyką sumową, ułatwić spojrzenie na opisane powyżej wydarzenia z odpowiedniej perspektywy, zwracam uwagę, że:

  1. Sumowe 90 cm maleństwo to ryba  pięciokilogramowa
  2. Sumowa metrówka ma kilogramów siedem, a kijanka o długości 140+ cm waży kilogramów 15-20
  3. Sumy 160+ cm  to 25-30 kg żywej masy
  4. Wąsata 175-tka waży kilogramów czterdzieści
  5. Przez 40 lat spinningowania nigdy nie złowiłem ryby powyżej 10 kg, a wszystkie swoje zdobycze ważące od 5 do 10 kg mógłbym chyba policzyć na palcach obu rąk