Co tu dużo gadać, zmarnowałem drugą połowę sezonu. Przeszło dwa miesiące praktycznie nie łowiłem. Nie będę się rozpisywał na temat powodów tak haniebnej absencji nad wodą. Powiem tylko, że w ostatnią niedzielę udało mi się wyrwać wreszcie nad wodę i trochę połowić. Te „połowienie” to chyba zbyt mocno powiedziane, ale po tak długim okresie wędkarskiej abstynencji i tak miałem masę uciechy.

Plan przewidywał łowienie okoni. Uzbrojeni w lekki sprzęt płyniemy najpierw na zimowisko barek. Tam bez rewelacji. Po wodzie kręci się kilka łódek, ale nie widzimy, by konkurencja lepiej sobie radziła niż my. Łowię okonka i bolenia (wziął przy dnie z opadu), Henio wymęcza jakiegoś pasiaka. Wynosimy się z zimowiska. Płyniemy na dogrywkę na naszą zatoczkę, po drodze odwiedzając kilka miejscówek. Przy trzcinach Henio łowi wyjątkowo przyzwoitego, jak na jego zwyczajowe osiągnięcia, okonka. Gdzie indziej ani brania. Na zatoczce też bryndza, zwłaszcza, że róg zatoczki, gdzie zazwyczaj stoi kilka okonków, odcięli nam żywczarze. Już im nie chcę pływać po spławikach, więc tylko na środku robimy parę rzutów. Wyciągamy kilka drobiazgów w paski i spływamy.

Gdyby nie ta prawie trzymiesięczna abstynencja, to dzień uznałbym za totalną porażkę. A tak nawet jestem zadowolony: wreszcie nad wodą, coś tam się złapało. Szkoda tylko, że dzień już króciutki, i czasu było mało. Poniżej ryby dnia (jaki dzień, takie ryby 🙂 ) w formie fotoreportarzu. Najpierw Henia okoń monstrum, potem mój bolek.

Ze zdjęć widać, że niedziela zakończyła się raczej wątpliwym sukcesem. Ale cała prawda o wątpliwym sukcesie jest następująca: