Zawsze w środku sezonu szydzę z łowców okonków. Powiedzcie sami, jak można gromić jakieś pasiaste maleństwa, gdy na wyjęcie z wody czekają okazałe szczupaki, bolenie, sumy czy sandacze. No niektórzy mogą, a nawet pewnie muszą. Zawsze, gdy spotykam takowego łowcę deklarującego, że specjalizuje się w łowieniu okoni (nie mówię o fachowcach łowiących systematycznie czterdziestaki i większe – to inna bajka), to mam wrażenie, że to wynika wprost z niemożności złowienia czegoś  sensowniejszego. A ta cała specjalizacja to taka opowiastka mająca zamaskować brak wędkarskich umiejętności. W dodatku posiadanie króciutkiego „miętkiego” kija i stosowanie tylko małych gumek (te duże pewnie spadają) urąga już nie tylko dumie prawdziwego łowcy, ale nawet samej męskości jako takiej. Może krzywdzę co niektórych specjalistów, ale hurtem uważam ich co najmniej za zwykłych dziwaków. Ale nie mów hop, zanim nie przeskoczysz. Przyszedł marzec i sam zdziwaczałem. Przeprosiłem się z okoniami i ruszyłem na Osobowice popróbować bocznego troka.

W ogóle to planowałem rozpocząć tegoroczne wpisy na blogu od gromkich przechwałek na temat swojego międzygalaktycznego wręcz mistrzostwa w łowieniu troci. Niestety, styczeń i połowa lutego nad Parsętą szybko postawiły mnie do pionu. Tak haniebnie słabego rozpoczęcia sezonu nie pamiętam. Na prawie trzydzieści wypadów nad wodę (na Parsętę i wpadającą do niej w Białogardzie Liśnicę) jedna trotka mi się spięła (uderzyła zamkniętym pyskiem w pstrągowego woblerka, trzepnęła się dwa razy i zwiała – rzeczka miała w tym miejscu ze cztery metry, to sobie całą akcję dobrze obejrzałem). O, i haniebnych rozmiarów tęczak, uciekinier z hodowli w Żytelkowie, chwilę mi się na kiju poszarpał. Poza tym zero kontaktu z rybą.

„Okoliczności przyrody” nad Liśnicą. Godna postawa prezentowana na brzegu nie pomogła. Żadnych brań

To by jeszcze nie było najgorsze, ale na przepytanych prawie sześćdziesięciu spotkanych nad wodą wędkarzy tylko trzech mogło się pochwalić rybą. Nie widziałem też oczywiście ryby na brzegu. A jeszcze na początku grudnia, o listopadzie nie wspominając, ryby było w rzece w bród. Jak zwykle zwiała do morza przed końcem okresu ochronnego. Pisać nie miałem o czym, to i nie napisałem. Przecież nie będę wylewał żalów i publikował zdjęć samych „okoliczności przyrody”. W sumie jedyny sukces, właściwie to można go zaliczyć do wędkarskich, jaki odniosłem w tym roku nad Parsętą, to fakt, że wreszcie doczekałem się sprawdzenia karty wędkarskiej. W czerwcu zeszłego roku minęło pięćdziesiąt lat, jak łowię w Parsęcie. Przez ten czas nikt nigdy nie zainteresował się, czy mam jakieś do tego uprawnienia. Już traciłem nadzieję, że doczekam się kontroli, a tu dziesiątego stycznia niespodzianka. Podjechali kontrolerzy ze Związku Gmin. Mało się ze wzruszenia nie popłakałem 🙂

Tyle na temat dwumiesięcznych zaległości w blogowaniu i wracam do okoni i bocznego troku. Zima już dawno odpuściła, ja wróciłem do Wrocka, ale do pójścia na ryby jakoś się nie mogłem zmobilizować. Najwyraźniej klęska nad Parsętą pozbawiła mnie zupełnie woli walki. W środę się jednak wreszcie przemogłem i postanowiłem uderzyć na Osobowice.

Na zimowisku barek na Osobowicach po zimie od dawna ani śladu

Miejscówka pod Mostem Milenijnym

Chamstwo odcięło krótszy brzeg zimowiska – moje ulubione miejsce. W dodatku wjechali pomostami w najgłębsze miejsce zimowiska, gdzie do tej pory łowiliśmy okonie z łódki

Przypony i gumki miałem jeszcze z zeszłej jesieni, kołowrotek też był gotowy do akcji. Zrobił się za to problem z kijem. Wędka do łowienia na boczny trok powinna być według mnie delikatna, ale musi mieć zwykłą szczytówkę. Łowiąc na boczny trok zestaw prowadzę jak przy łowieniu z opadu. Tylko skoki są znacznie mniejsze – takie na góra ćwierć obrotu korbką. Wszelkiej maści wklejanki może i sprawdzają się przy bezmyślnym skręcaniu linki albo przy ciężarkach typu 1/16 oz, ale do mojego sposobu nadają się średnio. Miękka szczytówka utrudnia poderwanie przynęty. Ugina się przy poderwaniu i wszystko przesuwa się o jedną fazę. Zamiast poderwania jest ugięcie, gdy przynęta ma opadać, to dopiero startuje itd. Tak czy siak wolę zwykłe kije.

Przypony do bocznego troku. Ich podstawową cechą ma być to, że zostały zrobione w domu. Robienie ich nad wodą uważam za pomysł co najwyżej średni. Wczesną wiosną bywa zazwyczaj zimno, wiatr się też nie opierdziela i zawiązanie haczyka w tych warunkach urasta do rangi czynu heroicznego. A w domowym ciepełku to kilka minut roboty. Ja wiążę przypony długości 70 cm. Nie, żeby to była jakaś magiczna długość. Po prostu miałem kiedyś stolik tej szerokości i od niego odmierzałem. I tak mi zostało. Ale doświadczenie pokazuje, że przy prowadzeniu zestawu jakie stosuję, są w sam raz.

Niestety, mój medium do 10g, którego zazwyczaj używałem, dostał jeszcze zeszłej jesieni drzwiami od samochodu (najpewniejszy znany mi sposób na połamanie wędki), a sztywniejszy do 12g przeniosłem na stałe do białogardzkiej filii mojej zbrojowni. Krótkiego okoniowego kija na łódkę z brzegu nie lubię używać, więc musiałem się przeprosić z wklejankami. Mimo, że naśmiewam się z łowienia na coś takiego, mam dwie. Po pierwsze, nie wypada, by taki arcymistrz międzygalaktyczny takiego specjalistycznego kija nie posiadał. A po drugie, mimo że pozuję na wędkarskiego twardziela, lubię od czasu do czasu połowić dla zabawy okonki z bardzo delikatnego opadu, główeczki od 0.5 do 2 gramów, a tu wklejanki dają radę. Wybór padł na Tiny Dragona.

Gumy i ciężarki do łowienia na boczny trok. Jak na takiego manelarza jak ja, to zestaw przynęt wręcz ascetyczny. Do bocznego troku używam tylko paprochów i plemników firmy Manns w kolorze motor oil. Inne wzory i kolory też się czasem sprawdzają, ale motorki Mannsa są zazwyczaj najlepsze, a przynajmniej równie dobre jak inne przynęty i szkoda czasu na dłubanie w pudełku. Lepiej się skupić na łowieniu.

Sprzęt spakowałem jeszcze w środę wieczorem i skoro świt, tak zaraz po dziesiątej, ruszyłem na Osobowice. Na miejscu pusto, spotykam tylko znajomego gliździarza. Lubię gościa i nawet mu specjalnie nie dokuczam względem haniebności metody połowu. Fachowiec, mimo, że na robactwo łapie. Trzeba to uszanować. Nie wdaję się jednak w dyskusje, montuję zestaw i do boju. Przy okazji kilka słów o moim zestawie do bocznego troku. Stosuję chyba najprostszy z możliwych. Na dole agrafka do przypinania ciężarków, powyżej zwykły krętlik, do którego doczepia się przypon. Można to wszystko oczywiście skomplikować, ale jedynym efektem jest wzrost „plątalności” zestawu. Ale jak kto lubi powydziwiać, tak jak Henio na przykład, to nie odradzam. Każdy się bawi jak lubi 🙂

Zestaw do bocznego troku. Agrafka i zwykły krętlik. Jeżeli łowimy na plecionkę i stosujemy przypon z żyłki, to prościej się nie da. Ważne tylko, by przypon był dłuższy od troku z ciężarkiem. Jak zrobimy odwrotnie, to zestaw się momentalnie skręci i nawet przysłowiowego gówna nie złapiemy.

Łowienie zaczynam w rogu zimowiska. Pierwsze rzuty nie wróżą wielkich sukcesów. Nie ma oczekiwanych stad. Przynajmniej w zasięgu rzutu. Jeżeli są w ogóle, to trzymają się środka. Młócę wodę dłuższy czas, w końcu wyciągam dwa garbuski. Przesuwam się kawałek i doławiam jeszcze jednego. Wyjątkowy kurdupel, głowę dam, że roczniak. Powoli przesuwam się w stronę Mostu Milenijnego, ale brań nie ma. Dopiero przed samym mostem wyciągam dwa okonki, też rozmiarów raczej haniebnych. Tak w ogóle widać, że okonie żerują intensywnie – wszystkie brania miałem w pierwszym rzucie w danym kierunku. Ale potem nic. Najwyraźniej stoją tylko pojedyncze sztuki, a stada, jak napisałem wyżej, jeżeli są, to urzędują gdzieś na środku zimowiska. Wracam jeszcze w róg, ale bez sukcesów. Pojawia się konkurencja, ale też nic nie łowi. Czas wracać.

Poniżej kilka fotek dokumentujących moje czwartkowe sukcesy. Co tu ukrywać, wątpliwe 🙂

Mój czwartkowy występ na Osobowicach to nie były okoniowe żniwa. Ale od trzech przeszło miesięcy nie złapałem ryby i nawet te kilka małych pasiaczków strasznie mnie ucieszyło. Od czegoś trzeba w końcu zacząć ten sezon 🙂

Po powrocie do domu przemyślałem sprawę i postanowiłem urządzić dogrywkę. Ale chciałem to urządzić sprytniej. Skoro okoni nie ma przy brzegach, to trzeba ich szukać dalej. Tu już nie było miejsca na finezję. Przygotowałem kij do 18g, do pudełka dołożyłem ciężarki 14 i 17 gramów. Żarty się skończyły. Tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety, rzeczywistość była okrutna. Na zimowisku byłem nawet wcześniej jak wczoraj, ale dwukrotne zwiększenie długości rzutu na niewiele się zdało. Złapałem tylko kilka palczaków, przy nich te wczorajsze okonie to wyglądały na prawdziwe potwory. Możliwe, że w ogóle tej zimy okonie nie weszły w większej liczbie na zimowisko. Do połowy listopada ich nie było, więc może zimują gdzieś indziej.

Jeden z piątkowych mikrookonków

No olbrzym to on nie jest. Ale podrośnie, za kilka lat lepiej się będzie na zdjęciu prezentował

W sumie miałem nawet na kiju przyzwoitego garbusa, ale przez chęć wyciągnięcia i sfotografowania czegoś większego przesadziłem z delikatnością holu. Zamiast urządzić ekspres windę zabawiałem się i drań wlazł w zaczep. Plecionkę ktoś urwał. Chyba wczoraj po południu, bo jak łapałem wcześniej, to zaczepu nie było. Tak na marginesie. Chyba nie doczekam chwili, gdy ogół łowiących nauczy się zrywać zaczepiony zestaw. Wystarczy wziąć plecionkę do ręki, ciągnąć miarowo i linka pęka na wiązaniu. Zazwyczaj jednak taki pacjent łapie za szpulę, kij do poziomu i ciągnie. Żyłka czy plecionka opiera się o przelotkę i tam pęka. A potem w wodzie pełno kłębów na których padają kolejne zestawy. I mój okoń dnia do tego! 🙂

Małe, a cieszy 🙂

Taki zdziwiony jakiś 🙂

Z tego dwudniowego łowienia na Osobowicach największym pożytkiem jest to, że się rozkręciłem i wróciła mi chęć do łapania. Jutro jadę zobaczyć, czy pod Mostem Warszawskim okonie nie urzędują. Przy okazji sprawdzę, jak wygląda sprawa pod jazem. Wczesną wiosną lubiły tam brać jazie. Dawno tam nie byłem i nie wiem, co tam się dzieje. Wykopki tam kilka lat temu robili i może się pozmieniało. Trzeba się wywiedzieć 🙂