Opisując w niedzielę nasze haniebne wyniki w łowieniu okoni odgrażałem się, że nie dalej jak w środę sprawdzimy, czy aby sumy, zwabione puszczoną z elektrociepłowni ciepłą wodą, nie wylazły na płyciznę przed mostem kolejowym. Niestety, koniec października nie rozpieszcza, wiatr, deszcz, zimno, pogoda dla wędkarzy nieszczególna i z naszych planów wyszły nici. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Na piątek zapowiadają poprawę pogody więc już od czwartku rana przebieram woblery i gumy. Plan mamy prosty. Wjeżdżamy centralnie w strumień ciepłej wody przy barce i smalimy gumami w pół wody. A jak się da – zobaczymy co z wiatrem – to i woblerami. W razie braku jakichkolwiek wyników przechodzimy na trolling i szczupaki.

Ruszamy zaraz po dziesiątej. Na początek to zrobionym z plastikowej butelki wybierakiem. Przez te kilka dni porządnie popadało i w łódce jest po kostki wody. W niedzielę planowaliśmy co prawda założenie pokrowca, ale to było takie poranne planowanie, gdy dopiero zaczynaliśmy i jeszcze w człowieku werwa i inne dobre chęci się kotłowały. Jak spłynęliśmy, to olaliśmy zagadnienie a pogoda olała nam łódkę i musieliśmy się na początek narobić. Ale tuż po jedenastej jesteśmy na wodzie.

Miałem przetestować wariant uzbrojenia woblera tylko w jedną kotwicę. Ale nie było na czym…

Dopływamy do elektrociepłowni trollując lewy brzeg, ale bez efektów. Stajemy przy samym narożniku barki, od strony brzegu. Wiatr wieje z południowego zachodu, z prądem rzeki, więc możemy z tego miejsca obłowić praktycznie całą miejscówkę. Smalimy z godzinę dużymi gumami, ja także woblerami. Niestety nic. Henio próbuje ratować sytuację i przechodzi na mniejszy kaliber a nawet puszcza do akcji boleniowego bezsterowca. To samo. Nie poddajemy się, zarządzam przetrollowanie całej ciepłej wody. Ani brania. W akcie desperacji zakładam najpaskudniejszego woblera jakiego mam, czerwone dziwadło z powyginanym sterem. Nie pomaga. Czas zacząć realizować plan B, czyli spróbować strollować jakiegoś szczupłego.

W akcie desperacji zakładam nawet tego czerwonego obscena. Nie wzbudził zainteresowania, choć już na sam jego widok ryby powinny otwierać pyski. Ze zdziwienia 🙂

Na początek sprawdzamy przy brzegach. Do niedawna można było tam trafić nawet coś przyzwoitego. Od elektrociepłowni do końca cypla nic się nie dzieje. Ja tam mam ze sobą tylko słuszną rozmiarówkę, ale Henio zabrał też średnie i małe woblerki. Teraz próbuje coś zmieniać, ale z tych kombinacji nic nie wynika. Nawet marny okonek się nie skusi. Może odeszły od brzegów na środek? Jedziemy więc środkiem, sporo za most kolejowy, starając się zaliczyć wszystkie wypłycenia z kamieniami. Kamienie jak zwykle na miejscu, ryb ani śladu. Pod prąd ten sam efekt. Chyba pierwszy raz w tym sezonie spłyniemy o kiju.

Na początek sprawdzamy brzegi. Ja takim woblerkiem z „zetsterem”. To taka impresja na temat Egzekutora Salmo. Zrobiłem takie na płycej żerujące sumy, ale i na szczupaczki się sprawdza.

Środek obławiam klasycznym woblerem z zaczepem w sterze. Robię takie w wielkościach od 3 do 15 centymetrów. Ten ma dziewięć, oczywiście bez steru.

Henio chce sprawdzić jeszcze prawy brzeg kanału od śluzy. Czemu nie, zwłaszcza, że nie widać gliździarstwa i można spokojnie przepłynąć. W stronę śluzy lipa, ale przy nawrocie wreszcie mam uderzenie. W takim bankowym miejscu z ciekawszym dnem. Gdy cypel na styku kanałów Żeglugowego i Przeciwpowodzioweg był dłuższy, wysoka woda idąca przez Różankę kręciła tam, tworzyły się przeciwprądy i wymyło lekkie rynienki wzdłuż brzegu. Teraz cypel skrócony, dodatkowo nasypali przy nim kamieni które kierują prąd od jazu pod lewy brzeg i pewnie za rok czy dwa rynienki zamuli do cna i będzie po miejscówce. Ale jak na razie jeszcze lubi się tam coś ustawić. Tym razem to coś to szczupaczek, niewymiarek. Jest słabo zahaczony. Potrząsam kilka razy szczytówką i się wypina. Po co dodatkowo zwierzaka stresować wciąganiem do łódki i braniem do rąk.

W drodze w stronę śluzy przechodzę na żółtego oczołoma. Coś pośredniego między „zetowcem” a klasykiem (chodzi o ster, korpus taki sam). Tego z kolei zrobiłem zainspirowany produkcją Henia. Kilka woblerów wyszło mu takich z nisko wypuszczonym drutem i sterem w dół. Miały wolniejszą akcję, za to szerzej chodziły. Spodobały się szczupakom, więc popełniłem kilka podobnych z obniżonym zaczepem i dodatkowo podgiętą końcówką steru.

Za chwilę i Henio coś ciągnie. Mówi, że okonek ale okazuje się, że to szczupaczek. Nawet jak na Henia wyjątkowe maleństwo. Niewiele większy od woblera, pewnie zeszłoroczny. Henio chce go lądować na balona, ale spryciarz się jakoś w locie wypina. I dobrze. Jeden jeden w wypiętych, ten remis nas podbudowuje i ruszamy dalej sprawdzić, co przy trzcinach przed Milenijnym. Z początku nic, ale w mojej ulubionej dewizówce przed samym mostem łowię wreszcie miarowego szczupaka. Niecałe sześćdziesiąt centymetrów, ale zważywszy te ponad trzy godziny kompletnego bezrybia, rewelacja. Zaraz za mostem Henio też ma branie, ale mu się szczupaczek spina. Nawet nie zdążyliśmy na niego zerknąć.

Szczupak z dewizówki. Niewielki, ale po kilku godzinach spędzonych jedynie na pływaniu jestem zadowolony. Wreszcie chociaż namiastka sukcesu. Wziął na oczołoma z podgiętym sterem. Killer z niego jak byk 🙂

Zaczyna się coś dziać. Może przyszła pora na żerowanie, może ciśnienie się zmieniło i ryby się stały aktywne? A może po prostu tu mniej pływają i szczupaki mniej pokłute i wyjedzone? Co by to nie było, jest lepiej i zamierzamy to wykorzystać. Niestety, najpierw obaj łapiemy na wypłyceniu za mostem zaczepy. Henio wywala kawał badyla a ja kłąb żyłki. Motamy się dobrą chwilę, w międzyczasie wpływamy w łowisko przyczajonemu w trzcinach spiningiście. Opływamy pacjenta, robimy nawrót i okazuje się, że to koniec łowienia w piątkowe popołudnie.

Cardinal 66. Od przeszło czterdziestu lat niezawodny. Ostatnio nawalił, na szczęście nieszkodliwie.

Stała się rzecz do tego momentu nie do wyobrażenia dla mnie. Odmówił posłuszeństwa mój Cardinal 66. Ponad czterdzieści lat w akcji, trzy pokolenia łowiących, nigdy nie zawiódł. A tu masz, szpula się nie cofa. Pobieżne oględziny wskazują, że spadł blokujący ośkę szpuli seger. Nie chce mi się już dłubać przy kołowrotku na łódce (choć to do odkręcenia tylko jedna śruba) i spływamy. W domu potwierdza się, że to tylko zawleczka. Naprawa trwa ze trzy minuty. Muszę jednak zmienić segera, na oko nic mu nie jest, ale trzeba chuchać na zimne. Jeszcze gotów puścić w trakcie holu jakiegoś potwora i żal będzie.

Co tu powiedzieć o piątkowym łapaniu? Końcówka sezonu, każda chwila na wodzie jest cenna. Przecież wystarczy nagłe załamanie pogody i do stycznia (początek sezonu trociowego) będzie pozamiatane. Oczywiście liczymy, że jeszcze ze trzy tygodnie pływania (co najmniej!) nam zostało, ale różnie to bywa. Na razie jeden wniosek. Puszczenie ciepłej wody nie pomogło i z sumami musimy się raczej pożegnać aż do czerwca. Zwłaszcza, że skupimy się chyba na okoniach. Może jeszcze z raz potrollujemy, tak na pożegnanie, bo wolno tylko do końca października.

 

Dodatek sobotni

Na zimowisku na Osobowicach z okonkami lipa. Nie ma jeszcze zimowych stad na głębokiej wodzie. Biorą sporadycznie takie maleństwa…

Od razu „załatwię” dzień dzisiejszy. Niespecjalnie jest o czym pisać, tu na końcu miejsca będzie w sam raz 🙂
Choć pogoda do łowienia niespecjalna, nie odpuszczamy. Płyniemy na zimowisko barek sprawdzić, co z okoniami. Lipa. Nie zbiły się jeszcze w zimowe stado, biorą tylko jakieś pojedyncze maleństwa. U nas na zatoczce lepiej. Przy brzegach grasują w najlepsze niewielkie stadka. Okazów jakichś nie ma, ale można się pobawić. Dokładnie to ja się bawię (na zimowisku było podobnie) a Henio nieszczególnie. Nie łowi praktycznie nic.

Okonek z naszej zatoki. Trochę ich tam przerzuciłem. Nic wielkiego, ale można się było pobawić

Dociera w końcu do niego, że te jego wynalazki które nazywa zestawem dop shotowym, to maksimum dziwactwa i komplikacji przy zerowej skuteczności w sytuacji, gdy okonie biorą delikatniej czy bardziej chimerycznie. Przez te miliony krętlików i agrafek, przypony z grubej żyłki, za duże haki itp. ciekawostki zupełnie nie czuł brań, w ogóle nie miał komunikacji z haczykiem. Wcześniej słowa sobie nie dał powiedzieć, choć jedyne doświadczenia jakie miał z drop shotem to z zeszłej jesieni, gdy okonie brały jak wściekłe na wszystko. Ale i wtedy łowił wyraźnie mniej niż ja. Chyba się w końcu przełamał i obiecał, że przemyśli, skoro woli drop shota niż boczny trok jak ja, postulowany przeze mnie zestaw składający się z haczyka wiązanego bezpośrednio na plecionce plus ciężarek na dole. Może być na agrafce. Wielkie zwycięstwo myśli nad materią. Wreszcie będzie jak u białych ludzi. O środku Europy i XXI wieku nie wspominając 🙂

 

 

Na temat dodawania komentarzy…