Od lat każdy nowy sezon zaczynam nad Parsętą. Zazwyczaj już w Nowy Rok melduję się nad rzeką. W stanie powiedzmy różnym, ale obecność obowiązkowa 🙂 W tym roku zasiedziałem się deko we Wrocku i dopiero drugiego wieczorem dojechałem do Białogardu. Trzeciego od rana nad rzekę. Na rozgrzewkę na Liśnicę. Nic. Kolejne poprawki, już na Parsęcie, też nie przynoszą rezultatu. Jak to ładnie określił zapytany o wyniki spotkany nad rzeką kolega po kiju „normalnie”, czyli totalne bezrybie.

Dopiero po dwóch tygodniach łażenia nad rzeką spotkałem kogoś, kto już w tym roku złowił trotkę. W internecie też nie widać, by ktoś połowił. Te kilka, no może kilkanaście sztuk na takie, szczególnie w weekendy, oblężenie rzeki, to parodia. Pewnie jakby pomnożyć ilość wędkarzy i dni przez nich spędzonych nad wodą, i porównać z ilością złowionych troci, to by wyszło, że statystycznie trzeba ze trzydzieści lat przez cały styczeń łowić, by złapać jedną troć. Katastrofa to mało powiedziane 🙂

Pełen nadziei naszykowałem trochę woblerków – głównie oczołomów, ekologiczne zostały we Wrocku. Nie pomogło 🙂

Jeszcze na koniec listopada w rzece było pełno troci, tarła się dosłownie wszędzie. A teraz ani ogona. Nie wierzę, że jest, tylko nie bierze. Po prostu zeszła w większości do morza. I dupa 🙁 Podobno to wina ciepłych zim. Trotka szybko się wyciera i zaraz schodzi. Nie staje, jak kiedyś, tylko spieprza co sił do Bałtyku. Czy tak jest naprawdę, to ciężko bez jakiś badań orzec, ale wygląda, że jest coś na rzeczy. Osobiście mam jeszcze dodatkową teorię. Taka sytuacja to także wynik zarybień. Tarlaki odławiane do pobrania ikry to egzemplarze które wchodzą do rzeki najczęściej dopiero w październiku. I szybko z niej uciekają. I ich potomstwo ma tak samo. Wygląda, że przez lata wyhodowaliśmy sobie takie „jesienne” stado. To, że kolejne pokolenie wytrze się naturalnie, nic nie zmieni. Geny zostają. Może trzeba odłowić i przetrzymać do tarła te z letniego ciągu? Przynajmniej latem było by co połowić 🙂

Coraz częściej zastanawiam się, czy w ogóle ma sens wykupowanie zezwolenia na Parsętę. W zasadzie robię to z sentymentu, no może jako „półmiejscowy”, by się nie nudzić i móc wyskoczyć na ryby jak pomieszkuję w Białogardzie. Ale mam już serdecznie dość tego bicia pustych kilometrów nad rzeką. Niby łowienie troci i pstrągów to magia, ale te czary coraz mniej się udają. Przemyślę jeszcze sprawę, ale jak się okaże, że uczulenie na pyłki pokrzyw (popsuło mi dokumentnie ostatni letni sezon) mi nie przeszło, to chyba odpuszczę. Przykre, bo na Parsęcie łowię już ponad pięćdziesiąt lat. Ale najspokojniejszy by się wk…

Żeby mi nikt nie zarzucił, że jestem nie w pełni przygotowany, nazbierałem także kupkę żelastwa. Nie pomogło 🙂

Może wystarczy już tego wylewania żalów i napiszę coś o sukcesach wędkarskich. Niestety, raczej wątpliwych, ale jak wspomniałem w jednym z ostatnich postów, lepszy wątpliwy sukces od ewidentnej porażki 🙂 Więc do rzeczy. W niedzielę wybrałem się znowu na Liśnicę. Ale wcześniej przemyślałem sprawę i postanowiłem złapać cokolwiek. Nawet bóbr (tych to wszędzie pełno) by mnie satysfakcjonował. Selektywne deko woblery, na które łowiłem do tej pory, zastąpiłem uniwersalną dwójką longiem. Do tego ustrojstwa wszystko się czepi. I faktycznie, pomogło. Wyjąłem dwa potoczki (jeden to nawet coś kole wymiaru) i równie małego tęczaka. Jeden mikropotok mi się spiął. Zważywszy wcześniejsze wyniki, to rewelacja. Zwłaszcza, że mam przeczucie, że nieodległe są czasy, gdy będę się jak dziecko cieszył z samego wyjścia jakiegoś malucha do blachy. I będę o tym opowiadał, a nawet wpisa na blogu popełnię 🙂

Poniżej trzy anonsowane już w tytule mikroorganizmy 🙂

Jakiś taki blady a wysrebrzony był i bardziej mi na smolta jak pstrążka wyglądał. Ale niech będzie mikropotok 🙂

Chluba niedzieli, czyli potoczek kole wymiaru 🙂

Szczęściarz – uciekinier z hodowli. No nie wypasł się za nadto na granulacie 🙂

Ponarzekałem sobie i nieco mi ulżyło. Nie załamuję więc kija i jutro od rana ruszam do boju. Połowię do końca tygodnia, wyskoczę na chwilę do Wrocławia, a potem urządzę jeszcze małą dogrywkę w lutym. Bo czym się tu przejmować? Przecież już może być tylko lepiej 🙂