Dziś trzeci dzień lekkiego trollingu na osobowickim odcinku Odry. Powszechna opinia głosi, że najlepsze są wyrośnięte szesnastki. Oczywiście nie kwestionuję tej niepodważalnej prawdy, ale jak raz wędkarstwa w ogóle, a pań szczupaczyc w szczególności, owa prawda nie dotyczy. Tu nie grzech zadać się nawet z siedemdziesiątka, a już setki to są wręcz obiektem ogólnego pożądania. Mi wpadły dziś w oko niebrzydkie sześćdziesiątki. Ale po kolei.

Tym razem sprężamy się i zaraz po dziesiątej jesteśmy na przystani. Niestety, nie jesteśmy pierwsi. Spotykamy ekipę, właśnie spłynęli. Łowili stacjonarnie, gumy, koguty i takie tam. Połowili. Szczupak dziewięćdziesiątka (mam nadzieję, że nie ten mój sprzed tygodnia), sporo dobrych okoni, w tym okazowy 46 centymetrów. Niestety, połów już w worze, oskrobany jedzie do zeżarcia. Można i tak, może nie dojadają albo co. Na dodatek dowiadujemy się, że łowili od świtu a brania były do ósmej. Później bryndza. Ale przecież nie wrócimy do domu, nie na darmo jest się arcymistrzem międzygalaktycznym (plus Henio – mistrz pomniejszy) w te klocki. Coś się wydłubie.

Początek nie wróży sukcesu. Wzdłuż cypla nic, rajd środkiem do filaru mostu kolejowego nic, powrót bliżej bzrzegu lipa. Zmieniam woblery, w końcu zakładam pływającego, około siedem centymetrów. Malowany na uklejkę, płytko schodzący. Akcja słabiutka, głównie lusterkuje – zrobiłem kilka takich z myślą o trolu boleni. Posmakował.

Pierwsza ze wzmiankowanych sześćdziesiątek. Przewodnicząca koła gospodyń wiejskich to nie jest, ale po dwóch dniach króciaków i ledwie wymiarków cieszy.

Prawie od razu uderzenie, ale tylko śledzik, wymiaru nie ma. Ze sto metrów dalej, na wysokości wejścia do tego małego bajora (najstarsze zimowisko, pierwsze od śluzy), melduje się pierwsza sześćdziesiątka. Po dwóch dniach jakościowej posuchy cieszy, choć to tak na prawdę jedynie kandydat na średniaczka. Dalej, aż do zakazu wejścia na cyplu nic się nie dzieje, więc opływam płyciznę z bojami i jedziemy wzdłuż cypla w stronę mostu drogowego. Rewelacji nie ma, wczoraj tu pokłuliśmy towarzystwo. Łowię kilka okonków i kolejnego śledzia. A Heniu dalej nic.

Na Różance jeden śledzik i małe okonki

Tłumaczę mu, że powinien się uczyć od najlepszych, brać przykład z mistrza jak ma okazję itp. – jak to u nas na łódce, gdy tylko jeden łowi. W końcu ze swojego śmietnika z woblerami wydłubuje małą uklejkę i zaczyna łowić okonki. Od razu wykuwa teorię, że dziś tylko na małe woblerki bierze, choć ja jak raz cały czas łowię na tego siedem centymetrów. Ale on tak ma… W sumie nic się nie dzieje więc wynosimy się z Różanki.

W końcu Henio też zaczyna łowić…

Kręcimy się trochę po okolicy, ale bez rewelacji. Pada kilka okonków i Heniu wreszcie łowi szczupaczka. Wymiaru raczej nie ma, Henio go zapobiegliwie nie mierzy, by prawda na jaw nie wyszła. Dopiero przy nawrocie wzdłuż prawego brzegu kanału od śluzy mam sensowniejsze branie. Szczupak stawia się chwilę, liczę nawet na coś przyzwoitszego, ale to tylko kolejna sześćdziesiątka. Dobre i to. A nawet bardzo dobre, bo zacząłem tracić nadzieję.

Druga sześćdziesiątka. Koniec palenia, pozujemy!

Robi się późno, zaplanowaliśmy łowienie do piętnastej, więc jeszcze tylko płyniemy sprawdzić trzciny przed Mostem Milenijnym i do domu. Te trzciny to w zeszłym roku fajna miejscówka była, przerzuciliśmy tam sporo szczupaków i okoni, ale w tym słabiutko. Faktycznie, z prądem jeden tylko okonek (Henia). Dopiero po nawrocie, zaraz na początku krzajów – jest tam taka „dewizówka”, wcześniej zawsze tam jakiś szczupaczek dyżurował, mam branie. I co? Wiadomo, sześćdziesiątka, uwzięły się na minie. W dodatku wplątała woblera w podbierak, Pimpek musiał pomagać przy wyplątywaniu.

Się splątało. Aż Pimpek musiał pomagać

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o sukcesy dnia trzeciego. Spływamy do przystani trollując, ale bez efektów. Nie szkodzi, dzień ze wszech miar i tak udany. Wrocławska Odra kolejny raz pokazała, że jest świetnym łowiskiem. Fajnie, że nie trzeba się tłuc dziesiątek kilometrów, że wystarczy piętnaście minut i już się jest na wodzie. I najważniejsze, że praktycznie zawsze się złowi coś sensownego. Martwi mnie jednak presja wędkarska. Drapieżniki to nie leszcze czy inne krąpie. Dużo łatwiej je przetrzebić, bez gospodarskiego podejścia za chwilę pozostanie nam narzekanie, że woda sterylna a PZW nic nie robi. Stąd apel: Panowie, nie wpierdalajcie moich, i Waszych także, zabawek! Zaś panie, by nawiązać do lekko męsko-szowinistycznego początku wpisu, niech mordują i zjadają co chcą. Stanowią znikomy procent wędkarskiej braci i co by tam nie robiły, to na populację drapieżników wpływu to mieć nie będzie. W ogóle, kto to widział, żeby baba na ryby chodziła!

 

 

Na temat dodawania komentarzy…