Od początku czerwca łowimy z Heniem sumy. Na trolling. Ta sama metoda, te same miejsca, sumki też niewiele się różnią. I właściwie nie ma o czym pisać, bo ileż to razy można powtarzać ten sam scenariusz: ciągamy woblery po sprawdzonych miejscówkach, w końcu branie, hol bardziej lub mniej emocjonujący, podebranie, pobieżny pomiar i „sru” sumka do wody. Jeszcze żeby się trafił jakiś okazowy egzemplarz. Niestety, najwyraźniej staliśmy się z Heniem wybitnymi specjalistami od sumów małych. To takie do metr pięćdziesiąt. Opiszę je w jednym poście podsumowującym pierwszy miesiąc sezonu trollingowego, a Henio przygotuje zbiorczy filmik. Pracuje nad nim, ale nie wiadomo kiedy skończy, bo leniwy jest wyjątkowo, a sumków nazbierało się już chyba ponad dwadzieścia. By tymczasem blog nie leżał odłogiem, postanowiliśmy opisać kilka dziwacznych i cokolwiek śmiesznych sytuacji, jakie zdarzyły nam się ostatnio przy okazji łowienia sumów. Po akcji na Tytaniku i spotkaniu z mściwym sumem dziś o temperaturze krwi i przestrzeganiu wypracowanych procedur.

U nas zazwyczaj wygląda to tak. Gdy któryś z nas ma branie, wrzeszczy „siedzi!” albo „jest!”. Wtedy daję po heblach, szczęśliwy łowca stara się zatrzymać sumka, a drugi zwija swój zestaw. Łowca ocenia wielkość suma, gdy ten zapowiada się na wartego sfilmowania, pada komenda „włączaj k… kamerę!”. Filmuje „nieholujący” – tak wychodzą lepsze ujęcia. Dalej już jest prosto. Hol, podebranie, pomiar i prezentacja, wypuszczenie. W całym wywodzie najważniejsze jest to „zazwyczaj”. Na początku wszystko dzieje się bardzo szybko i zdarza się nam rzucić wędkę, i od razu zabrać się za włączanie kamery. Tu wychodzi właśnie kwestia temperatury krwi, a dokładnie zachowania jej w stanie zimnym. Chwila paniki i nieszczęście gotowe. Sami zresztą zobaczcie, jak nieprzestrzeganie procedur na skutek nadmiernych emocji, czyli niezwinięcie drugiego zestawu, zamieniło banalny hol niewiele ponad metr sumka w mistrzostwa świata w rodeo. Szkoda to opisywać, filmik wystarczy 🙂

Dodam jeszcze tylko, że Henio to wyjątkowy specjalista od robienia „plątek”. Dawniej specjalizował się w robieniu takowych na kołowrotkach. Był przez dłuższy czas niekwestionowanym mistrzem w robieniu tzw. „siana” i „gniazd”. Odkąd jednak kupił sobie lepsze kołowrotki i plecionki, z plątkami kołowrotkowymi już mu tak dobrze nie idzie. Przerzucił się więc, jak widzę, na plątki sumowe międzyzestawowe. Ten ostatni termin to nasz kolejny wkład w rozwój terminologii wędkarskiej 🙂