Dzisiaj dla odmiany fotoreportaż. Głównie, gdyż niespecjalnie jest o czym pisać, bo sukcesów ilościowych to nie odnieśliśmy. Za to jakościowe jak najbardziej. Trafił mi się przepiękny boleń. Równo osiemdziesiąt centymetrów. Henio z zazdrości chyba nie zaśnie. I to przez trzy noce z rzędu 🙂

Właściwie to nie miałem dzisiaj jechać na ryby, tylko składać w ogródku obrzydliwą plastikową szopkę, którą zakupiło moje dziecko. Ale sprawa uległa odroczeniu i mogłem zająć się rzeczami poważnymi a pożytecznymi, czyli udać się na ryby. A mówiąc ściślej spróbować złapać wreszcie przyzwoitego bolenia. Dodatkowo nasza hondzina wymagała drobnej, ale pilnej naprawy. Nie mam za grosz zaufania do talentów technicznych Henia i dobrze się stało, że mogłem sprawy dopilnować, zamiast smyczyć w ogródku. We dwóch uporaliśmy się raz dwa z usterką i do boju.

Z boleniowymi przynętami kłopotu nie ma, wystarcza wziąć ze sobą jedno pudełeczko 🙂

Pod elektrociepłownią żadnych rewelacji. Z boleniami słabo. Za to wszędzie pełno leszczy. Podniosły się prawie do powierzchni, trą się jeszcze i mimo, że przynęty prowadzimy tuż pod powierzchnią, co i rusz mamy kontakty z ich grzbietami. Łowię jednego małego bolenia, ale nie wygląda, by dzień miał się zakończyć jakimś spektakularnym sukcesem. W końcu mam takie branie – nie branie, w sumie tępy opór. Oceniam, że to raczej leszcz za szelki, tyle, że duży. I to był błąd, nie włączaliśmy kamery.

Nie chce mi się ze śluzakiem szarpać, więc postanawiam wykończyć go godnością osobistą – niech sobie sam pływa, jak się wymęczy to go podholuję raz dwa i wypnę. A może sam się wypnie i po kłopocie. Siedzimy, gadamy, ryba pływa, ja się przechwalam na zapas, że tu właśnie leszcza wielkości halibuta ciągnę i rekord sezonu w szelkach będzie, ale sprawa trwa już za długo, więc w końcu biorę się energiczniej za hol. Ryba chodziła cały czas dołem i dopiero przy samej łódce się pokazuje. I tu niespodzianka. To nie leszcz-halibut, ale ogromny boleń. Jest już zmęczony straszliwie, więc moment i ląduje w podbieraku. Dopiero w tym momencie Henio przypomina sobie o kamerze – szkoda, chociaż końcówka holu by się przydała.

Mierzenie, niestety bez ważenia, bo waga nam się zimą gdzieś zapodziała. Prezentacja i do wody. Wysokim lobem w dodatku. Może znawcy etyki krzywić się na to będą, ale nie mogłem sobie odmówić tej malowniczej scenki. Niech ma nauczkę i na drugi raz lepiej się pilnuje 🙂

Poniżej zapowiadany fotoreportaż. Filmik dodam, jak Henio się z nim upora. Na razie klatki z „surowego” materiału 🙂

Boleń osiemdziesiątka już w podbieraku

Boleń 80 cm. Lądowanie w łodzi

Boleń do mierzenia

Pomiar. Wynik równo 80 cm

Moja osiemdziesiątka z profilu

Boleń osiemdziesiątka lekko en face

Zamach…

Wysoki lob…

I niech sobie żyje 🙂

Wreszcie nasz blog wędkarski ozdobiły zdjęcia przyzwoitego bolenia! A już myślałem, że się nie doczekam – do tej pory brały tylko jakieś kurduple 🙂

Boleń skusił się na bezsterowy wobler 6 cm. Oczywiście mojej konstrukcji. Sam wobler, jak to przyzwoite woblery boleniowe mają w zwyczaju, idzie jak przecinak. Dopiero przy naprawdę ostrym prowadzeniu zaczyna lekko lusterkować i odchodzić na boki. Te bezsterowe woblery boleniowe są całkiem niezłe. Nie dość, że skuteczne, to jeszcze zrobienie jest proste. Są plaskate, więc nie trzeba specjalnie dopieszczać kształtu. No i steru nie trzeba wklejać 🙂

Wobler – bezsterowiec na okazałe bolenie. Nawet nie wiedziałem, że udało mi się takowego zrobić. A tu proszę 🙂

Pozostaje jeszcze kwestia tytułu. Osiemdziesiątka to świetny wynik, ale często-gęsto padają i większe, czyli niby czemu ten boleń jest rekordowy. Ano z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby mi stronka rankowała na ładną frazę, a po wtóre, to faktycznie nasz rekord. Tyle że rekord sezonu. Ale dopiero pierwsza połowa maja i mam nadzieję, że ten rekord zostanie jeszcze pobity. Byle nie przez Henia 🙂

PS.

Henio się sprężył i filmik już gotowy 🙂