W poprzednim poście zacząłem opisywać technologię, jaką stosuję przy własnoręcznym wykonywaniu woblerów. Doszedłem w swoich opowieściach do woblera w „stanie surowym”. Mamy już korpus z wklejonym stelażem. Jest wycięcie na ster, są mało zezowate „oczodoły” i teraz czas na wykończeniówkę, czyli malowanie woblerów i wklejanie steru. Jednak zanim przejdę do opisu sztuczek ze sprayem, jakie stosuję przy malowaniu, zrobię kilka uwag na temat kolorystyki przynęt spinningowych w ogóle, a woblerów w szczególności. Pokutuje wśród wędkarzy wiele obiegowych opinii i innych mitów na ten temat. A prawda, jak wykazują moje wieloletnie doświadczenia z woblerami, jest zupełnie inna. A przynajmniej leży, jak to prawda ma w zwyczaju, bliżej środka 🙂

Wobler ma być przede wszystkim łowny. Nie zawadzi jednak, gdy jest przy okazji zwyczajnie ładny. Przy produkcji komercyjnej uroda też wpływa na łowność. Z tym, że łowiony jest wędkarz spinningista, a nie ryba 🙂 Same ryby te wszystkie łuseczki, oczka 3d, płetewki, grzbieciki w pięciu odcieniach i inne takie pierdółki i hologramy mają głęboko w miejscu zaraz za płetwą, skądinąd słusznie nazywaną odbytową. Zwłaszcza, że kolorów jako takich zazwyczaj nie rozróżniają, a jak już, to tylko niektóre. Najważniejszy jest sygnał hydroakustyczny wysyłany przez wobler, fakt, że jesteśmy w stanie dotrzeć naszą przynętą w odpowiedni sposób w zasięg ataku ryby, ewentualnie kolorystyka woblera w kategoriach jasny – ciemny – oczołom. To, czy wobler będzie miał tajną kropkę na ogonie i narysowane płetewki skrzelowe jest już rzeczą dalej jak trzeciorzędnego znaczenia.

Obłędna kolorystyka woblerów to raczej wabik na wędkarzy niż ryby. Ale ja tam lubię mieć kolorowo w pudełku, więc sobie nie żałuję 🙂

Większość wędkarzy święcie w moc kolorów wierzy. Bo np. szczupak najlepiej na żółty fluo, boleń to tylko niebieski grzbiecik, na troć bez fluo pomarańczy nie ma co się wybierać, a pstrąg, przede wszystkim wiosną, to na sraczkowate bierze 🙂 I za te przekonania dało by się zabić. Nic złego jednak w takiej wierze nie ma. Jak mamy zaufanie do danej przynęty, to skupiamy się na łowieniu a nie na gmeraniu w pudełkach i efekty, jeżeli przynęta jest choć trochę sensowna, przychodzą. Przykładem takiej wiary w kolor, jak raz gum a nie woblerów ale to ta sama parafia, jest sytuacja z Mietkowa tak sprzed dwudziestu lat. Jak wróciłem z lipcowego urlopu, to zaraz z Panem Stasiukiem pojechaliśmy na Mietków. A tam Marek, Pagaj i reszta ekipy ze Strzelina tylko na perłę z niebieskim grzbietem łowią. Bo tylko na to im bierze. Stasiuk w tamtym czasie był zwolennikiem motorów. I tak łowiąc łódka w łódkę, Strzeliniakom brało tylko na te niebieskie, Stasiukowi jedynie na motory. Ja, jako ateista, łowiłem na wszystko. Wiara to potęga! 🙂

W przypadku woblerów przekonanie o łowności jakichś kolorów w danej sytuacji wynika często z faktu, że mało kto ma dany model w kilku kolorach i może przetestować skuteczność każdego z nich. Tak było w tym roku w lipcu z Heniem. Siedziałem w Białogardzie a on gromił we Wrocku szczupaczki i okonie, o czym donosił dumnie w relacjach telefonicznych. I brały mu jedynie na na woblery fluo, żółte, zielone i liliowe. Na nic innego. Jak wróciłem do Wrocławia zbadałem sprawę. Okazało się, że łowne są tylko woblery, jakie dostał ode mnie przy okazji porządków w trociowej amunicji. Dałem mu kilka takich fluo, bo już nie pamiętałem kiedy na nie ostatni raz łowiłem. W swoim śmietniku z woblerami Henio nie miał podobnych w bardziej spokojnych kolorach i siłą rzeczy brało mu tylko na fluo. Wystawiłem do walki pełną paletę barw i okazało się, że zębate równie chętnie zagryzają ekologiczne okonki, płoteczki i uklejki, o tych z niebieskimi i granatowymi grzbietami nie wspominając. Liczył się tylko rodzaj pracy woblera.

Jak na troć, to tylko pomarańczowo-czerwone strażaki. Szczupak głównie na żółte fluo. Bajki 🙂

Mam jeszcze w zanadrzu kilka takich przykładów, ale nie o to chodzi, by je tu mnożyć w nieskończoność. Ważny jest płynący z nich wniosek. Przede wszystkim musimy „pracować nad pracą” woblera. Kolorystyka jest zdecydowanie mniej ważna. Nie oznacza to jednak, że malowanie powinniśmy zaniedbać. Szkoda, by cały nasz wysiłek włożony w dopracowanie kształtki został przykryty haniebnym malunkiem. Zwłaszcza, że jak raz malowanie idzie szybko i przyjemnie popatrzeć, jak kawałek drewna w kilka minut zamienia się w złotą rybkę 🙂 Do tego każdy z nas ma w sobie odrobinę próżności, którą szacunek i podziw konkurencji na pewno miło połechce 🙂 Robiąc łowne a przy tym niebrzydkie woblery osiągamy wyższy stopień spinningowego wtajemniczenia i wchodzimy do ekskluzywnego grona fachowców. Może odpuśćmy nieistotne szczegóły, ale niech całość ma wygląd. A i część wierzeń, ostatecznie opierają się o jakieś praktyczne doświadczenia, może mieć pokrycie w rzeczywistości. Stąd nie żałujmy sobie i bierzmy się za malowanie! 🙂

Malowanie woblerów

Od razu dam sensowną radę. Zaczynając przygodę z robieniem woblerów nie mamy pewności, czy nasze wynalazki się sprawdzą. A nawet jak tak, to czy na dłuższą metę będzie się nam chciało przy nich dłubać. Stąd powinniśmy na początku ograniczać wydatki na materiały. Spraye, zwłaszcza fluo, są stosunkowo drogie. Zestaw do osiągnięcia palety barw porównywalnej do mojej to wydatek dobrze ponad dwóch stówek. Jeżeli ma to posłużyć do zrobienia pięciu woblerów, to deko drogo. Stąd proponuję na początek kupno jedynie czarnego, a jak kto chce psiknąć łuseczkę, to srebrnego (kupujcie nie chrom a taki zwykły srebrno szary do felg).

Na początek proponuję malowanie woblerów „na uklejkę”. A jak rozwiniemy produkcję, to się kolorów dokupi 🙂

Zacznijmy od malowania na uklejkę. Ryby się nie obrażą. Świadczą o tym np. woblery Michała Olejnika. Kolorystykę każdy sobie może obejrzeć na jego profilu na fejsie. Monochromatyczność rzuca się w oczy, ale rybom to najwyraźniej nie przeszkadza, o czym świadczą wyniki Michała w zawodach.

Gruntowanie korpusu woblera. Podkład pod kolor

Zanim przystąpimy do malowania sprayami, musimy zagruntować korpus, uzyskać gładką powierzchnię i nanieść biały podkład pod właściwe malunki. Ja to robię lakierem bezbarwnym nitro (ostatnio używam lakieru Vidaronu) i białej farby nitro (Śnieżka). Maluję przez zanurzenie. Lakier nitro nie zmywa sam siebie jak kapon i tworzy gładką skorupkę na powierzchni woblera. Nie bez znaczenia jest też fakt, że schnie momentalnie i poszczególne operacje nie ciągną się całymi dniami. Gotową kształtkę uzbrajam w haczyk ze spinacza i maczam w lakierze. Po wyschnięciu (1) wygładzam ją drobnym papierem ściernym – podnoszą się „włoski” i wobler jest chropowaty. Po oszlifowaniu maczam kształtki jeszcze raz, by uzyskać gładką powierzchnię (2). Można i dwa razy, zwłaszcza gdy lakier jest nowy i jeszcze rzadki. Lepiej minimalizować liczbę warstw, by ze zgrabnego woblerka nie zrobił się bezkształtny kartofel. Następnie usuwam płaskim iglakiem (2) lakier z wycięcia na ster i już kształtka może iść do białej farby.

Zaczynamy od lakieru nitro. Po pierwszym razie wygładzamy powierzchnię i maczam w lakierze jeszcze raz, by uzyskać gładką powierzchnię woblera. Teraz porządek z wycięciem na ster i do białej farby 🙂

Wystarcza jedno zanurzenie w białej. Gęstsza jest nieco od lakieru, więc pilnujmy, czy aby się gdzie bąbelek powietrza nie zrobił. Jak jakiś wylezie, to można go przekłuć albo zanurzyć wobler jeszcze raz, to sam spłynie. Po wyschnięciu zanurzam wobler powtórnie w lakierze. Dobrze to robi białej farbie „na gładkość”. Warstwa lakieru stanowi także zabezpieczenie, gdy dodatkowo chcemy pokryć wobler lakierem perłowym (polecałbym to zwłaszcza gdy nie planujemy łuseczki). Używam zwykłego najtańszego perłowego lakieru do paznokci. Nanoszę go gąbką i jeżeli nie ma warstwy lakieru, to gąbka momentalnie świni się w białej farbie i ciężko pożądaną „perłowość” uzyskać. Jak kształtki wyschną, poprawiam iglakiem wycięcia na ster i już mogę malować kolorami.

Partia woblerów gotowa do malowania sprayami. Lubię nazbierać ich trochę, bo malowanie idzie szybko i nie ma co rozkładać po dziesięć razy warsztatu.

Grzbieciki, łuseczki. Malowanie woblerów sprayem

Farby w sprayu do malowania woblerów muszą być szybkoschnące. Malowanie ma iść sprawnie i nie ma czasu, by godzinami czekać, aż kolejna warstwa wyschnie. Stąd nie nadają się farby ftalowe i im podobne. Schną parę godzin, a do tego lubią się pogryźć z lakierem podkładu. Radzę takich unikać. Doskonale za to nadają się spraye akrylowe. Szybkoschnące, kolejną warstwę można nakładać po minucie czy dwóch, nie reagują z podkładem. Kupuję te opisane jako samochodowe. Jak planujemy zabawę z kolorami i odcieniami, to dobrze jest wybrać się do specjalistycznego sklepu z lakierami samochodowymi. Mam taki ulubiony w Białogardzie 🙂 Kupuję spraye firmy MOTIP. Paleta barw i odcieni jest ogromna, dobierzemy do każdego zaplanowanego efektu na grzbiecie czy boczku woblera. A, polecam kupowanie metalików – odrobinę ładniej wychodzą.

Malowanie grzbietu woblera

Wobler w kocher, wyrównanie, dziób do dołu, dwa, trzy psiknięcia i gotowe 🙂

Malowanie rozpoczynam od „psiknięcia” grzbietu. Umieszczam wobler w kocherze (to te szczypczyki chirurgiczne używane zwykle do wyciągania haczyków i kotwiczek z rybich pysków) i kładę na poziomym blacie (3). Trochę lepiej jest umieścić wobler w pionie, ze względu na to, że wtedy trzymamy także pionowo spray. Nie marnuje się gaz rozpylający a farba rozkłada się równomiernie. Ale z taką metodą jest więcej zachodu, trzeba jakieś zaczepy zrobić itp. i zwyczajnie mi się nie chce. Jeżeli wobler w kocherze jest lekko przekrzywiony na bok, to stawiam go do pionu wyginając delikatnie oczko załapane przez szczypczyki. Ustawiam nos woblera do siebie, przechylam lekko w dół i maluję. Trzeba to zrobić jednym płynnym ruchem. Psikam trzymając spray lekko pochylony i sprawdzam efekt (4). Jeżeli mało, to psikam drugi raz. Przed każdym „strzałem” potrząsam puszką z farbą i ewentualnie psikam na próbę w powietrze, a właściwie to na ścianę. Tej w moim kąciku malarskim to by i Banksy pozazdrościł, tak fantazyjnie jest zamalowana 🙂 Starajmy się nie przesadzić i nie zlać grzbietu tak, że aż farba ścieka.

Greentigery maluję na dwa razy. Najpierw żółty fluo, potem zielony. No i koniecznie czerwone podgardle 🙂

Po pomalowaniu grzbietu można jeszcze dodać czerwony akcent na „podgardlu” – jak malujemy np. „na płoteczkę”. Robię to tak: chwytam wobler szczypcami za tylne oczko, trzymam w powietrzu nosem w dół i najeżdżam strumieniem farby na koniec noska. Jak spróbujemy od razu trafić, to możemy przestrzelić i zamalować cały brzuch. W mojej piwnicy ja dowodzę i robię tam co chcę, ale wykonania takiej sztuczki w mieszkaniu (także tej ze ścianą) raczej nie polecam 🙂 Jak grzbiecik i akcencik są gotowe, to odwieszam woblerek do przeschnięcia. Jak maluję dziesięć, to gdy kończę ostatniego ten pierwszy jest już suchy i można mu psiknąć łuseczkę. Sprawdzajmy jednak, czy na pewno wysechł, szczególnie gdy grzbiet malowaliśmy farbą fluo. Szkoda by było zmarnować dotychczasową pracę zbytnim pośpiechem. Przed malowaniem grzbietów warto przyszykować kawałek tekturki do zakrywania uchwytów szczypiec. Jak to zaniedbamy, po chwili mamy uświnione ręce a do tego jeszcze możemy ubrudzić farbą kolejną kształtkę.

Malowanie boku plaskacza

Gdy maluję plaskacze – woblery o płaskich bokach – to robię to na trzy razy. Psiknięcie z góry nie wystarcza, bo boki zostają białe. Psikanie pod kątem lubi zasmarować cały bok, więc robię to inaczej. Kładę plaskacza na boku, zasłaniam część woblera kawałkiem tekturki (5) – można zaokrąglić nieco brzeg i wtedy maluję. Nic wielkiego, ale od razu lepiej (6)

Grzbiety gotowe. Można wziąć się za łuseczkę

Malowanie łuski na woblerze

Do malowania łuski potrzebna jest nam jakaś drobna siateczka, przez którą psikniemy srebrnym sprayem. Może to być kawałek firanki czy coś podobnego. Najładniej wychodzi, gdy oczka w siatce są sześciokątne (7). Siateczek plastikowych, takich jak np. po cebuli, raczej nie używajcie. Lubi się mazać. Najlepsze są takie bawełniane czy z podobnych włókien. Ostatnio używam kupionej w Lidlu za parę groszy moskitiery. Sprawdza się znakomicie. Po iluś tam psiknięciach na siatce nazbiera się na tyle dużo farby, że robi się sztywna, oczka maleją i łuseczka kiepsko wychodzi. Wtedy trzeba siatkę wymienić na czystą. Tego zamalowanego kawałka nie wyrzucajcie. Wystarczy go wypłukać w rozpuszczalniku i jest jak nowy 🙂 Siatkę trzeba naciągnąć na jakąś ramkę. Ja używam tamborka – takie ustrojstwo z dwóch kółek (zewnętrzne ze śrubą ściskającą) do mocowania materiału przy wyszywaniu (8). Doskonale się do naszych celów nadaje i warto wydać na niego tę dychę w pasmanterii.

Siateczka o sześciokątnych oczkach (moskitiera z Lidla) i tamborek z nałożoną siatką

Samo malowanie łuski nie jest skomplikowane. Kładę na boku wobler z pomalowanym grzbietem, przykrywam siateczką, dociskam i psikam. Jak dociśniemy palcem dolne oczko, to wobler lekko uniesie grzbiet, farba nie dojdzie do dołu woblera i zostanie ładny, biały brzuszek. Cały szpil w tym, by psikać z lekkością motyla. Ja to robię na dwa razy, takie króciutkie psik, psik 🙂 Jak zrobimy to za mocno, to farba powłazi pod siatkę, całość się zleje i z efektu łuseczkowego będą nici. Polecam też potrząśnięcie puszką i próbny strzał, tak jak przy malowaniu grzbietów. By nie upaprać ręki trzeba jakiejś rękawiczki. Raczej nie gumowej. Farba, tak jak na plastikowej siatce, wolno na niej schnie i łatwo w ferworze walki zostawić ślady na kolejnej kształtce.

Kładziemy wobler na boku, nakrywamy siatką, dociskamy palcem dolne uszko, dwa psiknięcia i gotowe

Malowanie woblerów – efekty dodatkowe

Grzbiety woblerów w kropeczki. Całkiem fajnie to wygląda 🙂

Opisałem najprostszą wersję malowania. Można ją urozmaicić, a jednocześnie podnieść efekt wizualny, stosując do malowania grzbietów sztuczkę z siatką. Jak maluję płotkę czy uklejkę, to nie robię grzbietu czarnego a oliwkowy, np. farbą MOTIP Polonez 113 (4). Jak mam już łuskę, to wkładam woblera znowu w kocher i przez siatkę psikam czarnym. Wychodzą takie kropki a całość daje oliwkowo-czarny, lekko ścieniowany efekt. To samo robię i z innymi kolorami. Psikam nie tylko czarnym, ale też granatem na błękit i takie tam. Szczena na kolanach u konkurencji murowana 🙂

Kropki na grzbiecie woblera maluję jak łuskę. Tyle, że wobler ustawiam pionowo

Można też popracować w ten sam sposób nad boczkami. Nie muszą być koniecznie biało-srebrne. Bardzo fajnie wygląda srebrna czy niebieska łuska na złotym tle, złota na czarnym itd. Przy odrobinie wprawy i doświadczenia można w ten sposób niewielkim wysiłkiem taśmowo produkować prawdziwe cudeńka.

Boki nie muszą być srebrno-białe. Można stosować i inne połączenia kolorów. Tu srebrna łuska na złotym tle

A, jeszcze jeden patent. Zygzaki na greentigerach i innych z fluo grzbietem. Robię je czarnym markerem permanentnym. Pentele się do tego świetnie nadają. Warto jednak dla pewności sprawdzić, czy naszego mazaka nie rozpuszcza idący na wierzch lakier. Szkoda, jakby w tym momencie się spieprzyło 🙂

Kilka fantazyjnych pociągnięć markerem i zygzaki na greentigerze gotowe

Miałem jeszcze pokazać, jak maluję okonie, ale zapomniałem i pomalowałem wszystkie duże kształtki. Najwyżej zasmaruję na zielono boleniowego krąpia. Okoń to, odkąd przestałem robić imitacje pstrągów potokowych, najbardziej pracochłonny malunek w moim repertuarze. Potrzebny jest do niego szablon na paski. Biorę kawałek cienkiej tekturki, odrysowuję na nim mniej więcej kształt woblera i rysuję paski. Paseczki wycinam i już szablon gotowy.

Gotowa kształtka do zrobienia okonka. Zielona (mniej więcej, farby jaśniejszej nie mam) ze srebrną łuseczką. I szablon do pasków. Obok malowanie pasków na okonku. Psikam przez siatkę jak łuskę – daje to fajniejszy efekt. Na koniec kropkuję grzbiet przez siateczkę. Do okonków najlepsza jest jak najdrobniejsza siatka – ten kawałeczek na zdjęciu służy mi już z dziesięć lat 🙂

Grzbiet i boki maluję (ale nie tak do końca, niech zostanie wyraźny biały brzuch) na zielono, robię czerwone podgardle. Teraz możemy zrobić paski a potem łuskę (okonek wyjdzie bardziej srebrzysty), albo najpierw łuska, a na nią paski. Tak będą wyraźniejsze. Mam tylko ciemnooliwkową farbę, zobaczymy jak wyjdzie. Walnę paski na koniec, to lepiej będzie widać efekt.

Paski na okonku można zrobić bardziej lub mniej wyraziste. Oczka żółte albo czerwone. Mi się bardziej podoba okonek z żółtymi i takie tylko robię 🙂

Wyszło tak sobie, paski nierównej szerokości. Tak to już jest, jak się coś robi na chybcika. Ale nieszczęścia nie ma. Wobler zaraz idzie do rozpuszczalnika. Miał to być boleniowy krąp, to będzie 🙂 A sam okoń to nie musi być wcale zielony. Żółte uchodzą za łowne. Jak i w przypadku innych woblerów, kolory to tylko kwestia naszej fantazji 🙂

Oczy do woblerów

Wciskamy oczka 3D w oczodoły i po wyścigach. Używam głównie srebrnych oczek, pasują do każdego koloru i dobrze się prezentują. Pomarańczowe używam rzadziej, choć też nieźle wyglądają. Czerwone za to sporadycznie, jakoś mi nie leżą 🙂

Tu już na prawdę nie ma wielkiej filozofii. Wciskamy w oczodoły oczka 3D i po sprawie. Gorzej, jak takich nie mamy i musimy oczka namalować. Można to zrobić główką gwoździa. Moczymy ją delikatnie w farbie i stawiamy kółko. Później jak przeschną stawiamy w środku czarną kropkę, np. końcem wiertełka 2 mm. Jak jeszcze robiłem oczy farbą, to lubiłem na białe kółko nanieść ze dwa, trzy razy perłowy lakier do paznokci. To się robiła taka namiastka tych 3D i lepiej wyglądało. Ale to taka rzecz z gatunku tych do niczego 🙂

Końcowe lakierowanie woblera

Nasze woblery mają już w tym momencie wygląd, nie mają za to odporności na wszelkie zarysowania powierzchni. Wodoodporne też są średnio i coś z tym trzeba zrobić. Czyli czas na końcowe lakierowanie. Najtwardszą powierzchnię dają lakiery poliuretanowe do parkietów. I takich używam. Na początek lakieruję woblery poliuretanem na wodzie. Dokładnie to Altaxem. To twardy lakier, ale nie najtwardszy. Za to nie żre się z farbami akrylowymi, jak lakiery na rozpuszczalnikach organicznych. Jak Altax spolimeryzuje, to kładę dwie, trzy warstwy Harzlacku. Ten jest już na prawdę pancerny i kilka pokoleń szczupaków musi się napracować, by tak polakierowanego woblera zmatowić.

Pierwsza warstwa Altaxu już polimeryzuje. Przez moment woblery są mlecznobiałe, ale po chwili lakier robi się przezroczysty.

Oczywiście można lakierować tylko w Altaxie. Szczególnie te mniejsze woblery, wykorzystywane głównie do łowienia okonków, jazi, kleni czy boleni. Zwłaszcza, że maluchom gruba warstwa lakieru nie służy. Łatwo przedobrzyć i jak już chyba pisałem, ze zgrabnego woblera zrobi nam się bezkształtny kartofel. Kładąc kolejne warstwy lakieru nie spieszmy się z następną. Szczególnie z Altaxem czy co tam użyjecie za lakier na wodzie. Musi porządnie spolimeryzować, by rozpuszczalniki z idącego na wierz Harzlacku czy Domaluxu nie przebiły się do akrylowych malunków i nie spieprzyły całej roboty. Henio tak się spieszył i dziwił się, że mu się lakiery i farby gryzą. A czekał zamiast czterech godzin (to dla Altaxu) piętnaście minut i już dawał kolejną warstwę. Po zalakierowaniu i odczekaniu aż całość spolimeryzuje możemy brać się za wstawianie sterów. Uprzedzam, z tym już tak łatwo nie będzie 🙂

Pamiętacie tę partię woblerów gotowych do malowania z początku postu? Tu, już pomalowane i zalakierowane, gotowe są na wklejanie sterów. To część uzupełnienia strat z zeszłego sezonu. Sporo greentigerów, najszybciej mi się kończą. Nie, żeby jakoś szczególnie łatwo je można było urwać albo szczupaki je nagminnie obcinały. Po prostu są „takie ładniusie” i jak komu udaje się wycyganić ode mnie wobler, to zazwyczaj łupi mi zielonego tygrysa 🙂

Wklejanie sterów do woblerów

Ster to podstawa działania woblera. To czy wobler pomalujemy perfekcyjnie, czy będzie miał zacieki i do tego haniebnego zeza, to dla ryb nie ma znaczenia. Ma za to znaczenie jego akcja, a o tej w dużej części decyduje ster. Sam ster w sumie spełnia dwie funkcje. Po pierwsze wymusza pracę woblera. Jest takim silniczkiem napędowym drgań (wychyleń) woblera wokół pionowej i ewentualnie poziomej osi. Reguluje też głębokość, na jaką wobler schodzi – stąd nazwa ster głębokości. Trudno podać jakieś ścisłe reguły określające pracę woblera w zależności od kształtu i usytuowania steru, gdyż wpływ na nią ma także kształt woblera i rozkład obciążenia. W ogóle to ruch ciała w ośrodku lepkim, jakim jest woda, to bardzo skomplikowane zagadnienie. Nawet w przypadku profesjonalnych projektów, np. kadłubów okrętów czy samolotów, model matematyczny stanowi tylko bazę wyjściową. Ostateczny kształt wypracowuje się prowadząc próby i doświadczenia w tunelach aerodynamicznych, hydrodynamicznych czy tam jeszcze innych ustrojstwach.

Wpływ zmiany kształtu na pracę woblera. Taki sam ster, tak samo wklejony. Wobler 1 to klasyk, akcja wyraźne X, szybka, średnio szeroka. Zrobienie podobnego, ale bardziej pękatego (wobler 2) powoduję, ze wobler zaczyna pracować z tą samą częstotliwością, ale szerzej (z większą amplitudą)

Projektując nowy wobler musimy podejść do sprawy kompleksowo, uwzględnić wszystkie trzy parametry: ster, kształt, obciążenie. Samym sterem konkretnej akcji nie uzyskamy. Stąd moja rada, dana jeszcze przy okazji strugania kształtek. Skupmy się na kilku typach kształtu i do nich dobierajmy ster. W miarę nabywanych doświadczeń będziemy w stanie uzbroić kształtkę w taki ster, że wobler będzie pracował w zamierzony przez nas sposób. Oczywiście kilka ogólnych recept można podać. Im większy ster, tym siły działające na poruszający się wobler są większe i przez to jego praca jest agresywniejsza. Pochylenie i powierzchnia steru decyduje o głębokości pracy – im bardziej odchylony od poziomu, tym schodzi płycej. Przesunięcie steru w tył zwiększa amplitudę. Takich zależności jest masa i żeby je wychwycić, potrzeba praktyki. Zwłaszcza, że efekty różnią się w zależności od kształtu woblera (przekroje poziomy, pionowy – w tym położenie steu, poprzeczny, położenie oczek, przede wszystkim przedniego). Jak już napisałem, nic nie zastąpi doświadczenia. A na początek, też już o tym wspomniałem, skorzystajmy z doświadczeń innych i skopiujmy kilka łownych wzorów. I nad nimi popracujmy 🙂

Trzy woblery z takim samym sterem. Jedynka to klasyk o akcji X. Wydłużenie go (wobler 2) sprawia, że akcja robi się drobniejsza i bardziej Y. A jak dwójce dodamy trochę brzucha (wobler 3) – podniesiemy oś łączącą oczka przednie i tylne – to wobler chodzi jeszcze drobniej i bardziej Y, i zaczyna przy tym lusterkować (słabo, jak ster damy bardzej pionowo i lekko odsuniemy od dzioba lusterkowanie będzie wyraźniejsze).O, pomyliłem numerki na lewym obrazku. Niech tak zostanie 🙂

Materiał na ster do woblera

Gdy zaczynałem robić własnoręcznie woblery, królową sterów była pleksi. Jakiś polioctan czegoś tam. Miała paskudną wadę – lubiła pękać. Królowa jednak już kupę lat temu abdykowała i w tej chwili na tronie zasiada i panuje niepodzielnie poliwęglan. Ma wszelkie cechy, jakich wymagamy od materiału na ster. Łatwo go obrabiać, nie pęka, nie kruszy się, można go wyginać bez problemu nawet pod kątem 90 stopni. Jest idealnie transparentny i bezbarwny, choć jak by ktoś miał taką fantazję, to do kupienia jest i kolorowy. Poliwęglan ma jeszcze jedną cechę, którą część uważa za wadę, a ja traktuję jako dodatkową zaletę. Mianowicie poliwęglanu nie zwilża klej epoksydowy, tzn. nie da się poliwęglanu skleić „tak na sztywno” żywicą. Co prawda zdarza się, że ster się obluzowuje (da się to wyeliminować, przy wklejaniu napiszę jak), ale można go też bez uszkodzenia woblera świadomie wyjąć. Np. gdy chcemy, by wobler schodził głębiej i musimy wymienić mu ster na większy.

Poliwęglan w płytkach (100x150x1,5 mm) z Allegro. Mało na zdjęciu przezroczysty, bo ma foliowe osłonki przed zarysowaniem

Dawniej poliwęglan „dziadowałem” w zaprzyjaźnionej firmie produkującej z płyt poliwęglanowych systemy wystawiennicze. Przenieśli się jednak za Wrocław i teraz kupuję płytki poliwęglanowe na Allegro. Do kupienia są specjalnie adresowane do wędkarzy kawałki 10×15 cm. W różnych grubościach. Można także, jak kto by nie chciał się babrać z własnoręcznym wycinaniem sterów, kupić gotowe stery w różnych kształtach. Niby metr kwadratowy tak kupionego poliwęglanu drogo wychodzi, ale przy potrzebnych nam ilościach nie ma to znaczenia. Całe płyty oferowane w specjalistycznych hurtowniach są wielgachne i kosztują majątek. Szkoda zamrażać kaskę 🙂 Poliwęglan kupuję w grubości 1,5 i 1,0 mm. To wystarcza do dużych i średnich woblerów , ale jak ktoś planuje zrobienie na prawdę wielkiego potwora, to może zastosować dwójkę czy dwa i pół. Do tych najmniejszych stery robię ze ścianek  płyt komorowych albo złączek do nich – tak. ok. 0,6-0,8 mm.

Jak zrobić ster do woblera? Własnoręczne wycinanie sterów głębokości

Do wycinania sterów najlepiej by było mieć specjalny przyrząd – wykrojnik. Ja takiego nie mam i radzę sobie jedynie przy użyciu nożyczek, płaskiego pilnika do metalu, ostrego noża i papieru ściernego. Jak zaczep ma być w sterze, do do tego zestawu włączam stary nóż, którym wypalam otwór na oczko. Jak nakazuje zwykły rozsądek, zaczynam od określenia wymiarów steru a właściwie trapezu, z którego zrobię ster. Długość steru (wysokość trapezu) biorę z lekkim zapasem. Z głębokością wycięcia bywa różnie a ważne, gdy chcemy uzyskać tę samą akcję, by z każdego woblera „wystawał” ster tej samej długości i kształtu. Odcinam odpowiedniej szerokości do planowanej długości steru kawałek poliwęglanu. Na jego krawędzi odmierzam na przemian dłuższe i krótsze boki mojego trapezu. Na drugiej to samo, ale z przesunięciem równym połowie różnicy długości boków. Jak połączymy odpowiednie punkty, to mamy ciąg trapezów obróconych na przemian względem siebie o 180 stopni (9).

Ster „po kolei”

Wycinam teraz trapezy (10), wstępnie zaokrąglam rogi szerszej strony (11) i dalej obrabiam „na okrągło” płaskim pilnikiem do metalu (13). Można też przejechać pilnikiem wzdłuż bocznych krawędzi (12) – przy cięciu nożyczkami nie zawsze są idealne. Poliwęglan „ciągnie się” trochę, zostają po przejechaniu pilnikiem trzymające się steru wiórki. Usuwam je przecierając krawędzie steru drobnym papierem ściernym prostopadle do jego powierzchni (14). Robienie zaokrąglenia steru pilnikiem jest dostatecznie dokładne. Można je najpierw na trapezie zaznaczyć, ale szkoda czasu, bo najpierw musielibyśmy to zrobić idealnie symetrycznie, a to wcale łatwym nie jest. Wystarczy niwelować pilnikiem różnice wychwytywane przez nasze oko, wyczulone szczególnie na wszelkich asymetrie.

Ostatnio zacząłem robić  woblery  z „zetsterami”, taką impresję na temat Exekutorów Salmo. Zrobienie takiego dziwacznie powyginanego steru nie stanowi problemu. Poliwęglan doskonale daje się wyginać. Najpierw robię zwykły ster (15), jedynie zaokrąglenie na końcu ma większy promień krzywizny. Zaznaczam, gdzie trzeba go zgiąć, łapię równo płaskoszczypcami (16) i wystającą część wyginam (17). Każdy to da radę zrobić nawet za pierwszym razem 🙂

Wyginanie „zetstera”

W przypadku woblerów z zaczepem w sterze musimy dodatkowo w owym sterze zrobić podłużny otwór na przednie oczko. Zaznaczam początek planowanego otworu od „okrągłej” strony steru (18) i zwyczajnie go wypalam rozgrzanym końcem noża (19). Nie ma to być szeroka dziura długa na dwa centymetry, a jak najwęższy i najkrótszy otworek.  Ścinam nożem nadlewy (20) i ewentualnie wydłużam otwór brzeszczotem z wąską końcówką oraz poszerzam wkładając i lekko obracając końcówkę noża (21). Wyrównuję otwór iglakiem (22) i ster gotowy (23). Otwór ma być tak dobrany, by po włożeniu steru oczko dochodziło do jego krawędzi, długość wycięcia to minimum tego, co umożliwi nam włożenie steru bez szarpania i gięcia drutu, szerokość minimalnie większa od grubości drutu stelaża. Wtedy całość blokuje się nawzajem i jest stabilna. Oczko nie chowa się w sterze ani z niego nie wyłazi, gdy wobler pracuje.

Robienie otworu na zaczep w sterze. Za piękne to nie wychodzą, ale dają radę 🙂

Henio, mistrz robienia wszystkiego na odwrót, szybko się przekonał o konieczności robienia solidnych sterów. Robił takie stery z bardzo długim wycięciem, w dodatku używał cienkiego poliwęglanu i dość miękkiego drutu. Wobler, ustawiony pod kijem, pracował stabilnie. Jednak po chwili ciągnięcia za łódką całość konstrukcji steru się rozjeżdżała, wobler tracił stabilność, wykładał się na boki, halsował i wyczyniał wszelkie możliwe sztuczki, jakich porządny wobler robić nie powinien. Przy okazji heniowych eksperymentów wprowadziłem klasyfikację jego woblerów ze względu na stabilność. Zawsze obsługuję silnik i z tego powodu przy trollingu łowię z lewej burty. Stąd podział Henia woblerów na bardzo dobre, to te co odchodzą mu w prawo od toru prowadzenia, oraz ch… , odchodzące w lewo i plączące mój zestaw. Woblerów nienależących do jednej z tych kategorii u Henia nie zaobserwowałem 🙂 To tak w ramach drobnych żarcików urozmaicających wpis, ale bierzmy się za wklejanie gotowych już sterów.

Wklejanie steru do woblera

Wycięcia na ster zrobiliśmy jeszcze przy okazji robienia kształtek, więc zajmijmy się wklejeniem do nich sterów. Tu obowiązuje jedna zasada. Ster musimy wkleić symetrycznie. Pionowa płaszczyzna symetrii korpusu ma być także płaszczyzną symetrii dla steru. W przeciwnym razie wobler nie będzie stabilny, i nawet podginanie przedniego uszka mu może nie pomóc. Dlatego przed użyciem kleju wstawiam do każdego woblera ster „na sucho” i dokładnie go ustawiam. Sprawdzam, patrząc od nosa woblera, czy na pewno wycięcie zapewnia prostopadłość płaszczyzny steru do płaszczyzny symetrii woblera (25). Potem patrzę, czy ster da się stawić symetrycznie. Najlepiej to zrobić obracając wobler brzuchem do góry i patrząc od ogona (26). Zawsze można coś tam podpiłować, by wnieść minimalne poprawki.

Instalowanie steru „na sucho”

Zanim jednak włożę ster przycinam go na długość odpowiednią do wycięcia (już wspominałem, że mogą być różnice w jego głębokości) i robię trójkątne wycięcie na jego końcu (24). Łatwiej z nim się ustawia ster. A dodatkowo ster z takim trójkątem wklejony dużo lepiej trzyma i ne wypada po kilku kontaktach z twardymi zaczepami. Także wzmocniony jest w ten sposób dziób woblera przez klej pozostający w wycięciu. Dodatkowo, gdy ster nie do końca jest prostopadły, możemy podpiłować pilnikiem krawędzie trójkąta, na przemian góra – dół, co da nam możliwość skorygowania położenia. Minimalną, ale zawsze to coś.

Stery dopasowane i ustawione. Można wklejać 🙂

Gdy stery mam dopasowane już tak na zicher, biorę się za wklejanie. Używam tego samego kleju co do wklejania stelaży, bezbarwnego, epoksydowego, szybko wiążącego. Klej rozrabiam w niewielkich ilościach, tak na kilka woblerów (27). Tyle, by przez cały czas klejenia był w miarę rzadki. Łatwo go się wtedy ściera z woblera. Gdy trochę zgęstnieje, choć jeszcze można nim kleić, to ciężko usunąć jego nadmiar. Klej do wycięcia wprowadzam spinaczem biurowym (28). To niezastąpione przy produkcji woblerów, wielofunkcyjne urządzenie 🙂 Wypełniam całe wycięcie, nadmiar ścieram papierem toaletowym albo kawałkiem ręcznika papierowego (29). Teraz wciskam i ustawiam ster (30), sprawdzam jego położenie, ewentualnie poprawiam. Klej wypchnięty z wycięcia przez ster ścieram papierem (31) i już (32). Nie oszczędzajmy papieru, bo klej z poprzedniego woblera zaświni następnego. Jak mamy wcześniej dobrze dopasowane stery, to wklejanie idzie błyskawicznie i żadnej filozofii w nim nie ma.

Wklejanie steru głębokości do woblera

I to już koniec, wobler gotowy. Jeszcze trzeba trochę odczekać, by klej porządnie spolimeryzował i możemy wobler uzbroić w kotwiczki. I w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku iść nad wodę i go urwać 🙂 A jeżeli, zanim poślecie swój wynalazek w zaczepy, coś się do niego uwiesi, to satysfakcja bije na głowę tę, jaką mamy ze złowienia nawet okazowej sztuki na kupnego woblerka 🙂

Wobler gotowy. Możemy już z czystym sumieniem posłać go w zaczepy 🙂

PS. (29.12.2018)

Zapomniałem, a pewnie ciekawi jesteście, jak wyglądają teraz te kawałki balsy, które tak pracowicie obrabialiśmy przez dwa posty. Ano tak, jak na zdjęciu poniżej 🙂

Dwie płotki, trzy strażaki, cztery tygrysy. Zielone w dodatku 🙂 Pamiętacie te kawałki balsy z pierwszej części Robienia Woblerów? To właśnie one. Płotki to raczej nie, ale reszta towarzystwa wejdzie do walki już w najbliższy wtorek. Trocie, przynajmniej te, co zaglądają na mojego bloga, już się pewnie boją 🙂

 

Wujek Janek 🙂