Z woblerami jest jak z dziećmi – chcesz mieć dobre, zrób je sam! I właściwie nie ma tu żadnych wykrętów. Woblery może robić każdy, przy odrobinie dobrej woli żaden brak zdolności manualnych nie stanowi przeszkody. Może nie będą to jakieś skończone piękności o, jak ja to mówię, handlowym wyglądzie (takie służą przede wszystkim do łowienia wędkarzy, a nie ryb), ale na pewno niewielkim nakładem sił i środków można nastrugać całkiem udaną kolekcję łownych przynęt. Najlepszym dowodem na to jest Henio i jego produkcja. Mimo straszliwych wysiłków, by wszystko spieprzyć i nie zrobić nic tak, jak nakazuje doświadczenie i rozsądek, Henio zdołał naprodukować serię koszmarków, na które w ostatnim sezonie wywalił z pół tony ryb. Znaczy można 🙂

Woblery robię tak ze trzydzieści lat, może trochę dłużej, ale pierwsze próby czyniłem już pod koniec lat siedemdziesiątych – np. wzorując się na zdjęciu w „Wędkarstwie jeziorowym” wystrugałem kilka szczupaczków Hi-Lo. Z kija od szczotki. I nawet coś na nie złapałem 🙂 Właściwie to nie zamierzam przytaczać tu jakichś przepisów na cudowne przynęty, publikować rysunków technicznych i innych takich tam prawd objawionych czy jedynie słusznych recept. Chciałbym po prostu pokazać filozofię i zasady jakimi kieruję się przy konstruowaniu woblerów.

Koszmarki roboty Henia – koronny dowód na to, że łowne woblery może robić każdy. Ich uroda, zbliżona do uroku kociej kupy, wcale rybom nie przeszkadzała. W ostatnim sezonie Henio wywalił na nie i im podobne z pół tony ryb!

Zaznaczyć też muszę, że woblery strugam jedynie do własnego użytku, czasami komuś coś odpalę w prezencie, i nie wypracowałem żadnych półprzemysłowych metod, gdyż nie było takiej potrzeby. Po prostu jak mam czas i ochotę, to siadam i uzupełniam straty lub kombinuję coś nowego, bo jak raz podpatrzyłem i mi się spodobało, albo życie zgłosiło zapotrzebowanie na dostosowane do danego łowiska czy sytuacji kolejne ustrojstwo 🙂 Oczywiście dla posiadających już nawet niewielkie doświadczenie w robieniu woblerów te moje uwagi będą zapewne „oczywistą oczywistością” i nic odkrywczego w nich nie znajdą, ale może zachęcę tym wpisem tych jeszcze nie praktykujących. Niech sprawdzą, że nic tak nad wodą nie cieszy, jak złapanie okazowej ryby na własnoręcznie skonstruowaną przynętę 🙂

Jak powinien wyglądać wobler – strona estetyczna

Cóż, lubię mieć ładne zabawki. U innych naukowców może być inaczej, ale ja tak mam i już. Dotyczy to także woblerów. Nie musi być to skończony cud, ale każdy ma wyglądać przyzwoicie, tak by bez wstydu można go było używać przy ludziach, a całe pudełko, wyjęte tak mimochodem z torby 🙂 przyprawiało konkurencję o lekką palpitację serca. I tu pierwsza z moich zasad. Woblery ładne robi się praktycznie tak samo, jak te brzydkie. Tyle samo pracy wkładamy w jedne i drugie. Trzeba tylko odpowiednio wkładany wysiłek ukierunkować. Wystarczy kilka prostych sztuczek i efekt jest zadowalający. Albo i lepszy! Jak wyglądają moje sztuczki opiszę po kolei.

Lubię, jak w moim pudełku jest na bogato. To, a z nim jeszcze dwa, jedzie za tydzień nad Parsętę by zadawać szyku na rozpoczęciu sezonu trociowego 🙂

Dodam jeszcze, że spotkałem kilku fanatyków potrafiących cyzelować po dwa, trzy tygodnie jeden woblerek. Ale to skrzywienie w drugą stronę. Wobler ma być przede wszystkim skuteczną przynętą a nie dziełkiem sztuki, którym chwalimy się przed kolesiami i trzymamy w specjalnych gablotkach itd. ale do wody to go nie zapuścimy, bo jeszcze urwiemy a to tyle pracy. Można i tak, ale taki proceder ma jedynie luźne związki z wędkarstwem. Po prostu sprawę woblerzej urody trzeba rozsądnie wypośrodkować 🙂

Materiał na woblery. Z czego zrobić wobler?

Wobler pewnie da się zrobić z każdego w miarę sensownego materiału. Robiłem je z różnych pianek, drewna balsy, lipy, wierzby, topoli, sosny (choć iglaste wyjątkowo nieszczególnie się nadają), nawet gruszy i jabłoni, z kory topolowej i sosnowej. Ideałem dla mnie jest korzeń olchy czarnej. Ale taki rosnący wgłąb, nie te zdrewniałe chabyzie, które widzimy np. nad brzegami pomorskich rzek i rzeczek. Świeży jest miękki jak masło, świetnie można z niego wyciąć wstępną kształtkę. Trzeba to jednak zrobić zanim korzeń wyschnie. Nie pęka, nie kruszy się. Po wyschnięciu jest za to zdecydowanie twardszy i wytrzymalszy od balsy, przy porównywalnym ciężarze właściwym. Świetnie daje się obrabiać papierem ściernym. Jak gdzieś widzę zwaloną olchę, to zaraz uzupełniam zapas materiału. Z tym, że u mnie na wsi coraz więcej cwaniaków wie o korzeniach i ciężko się już załapać na przyzwoity kawałek.

Zdecydowanie wolę materiał łatwy w obróbce i o małym ciężarze właściwym. Dlatego praktycznie od lat używam tylko balsy i olchy. Łatwość obróbki rozumie się sama przez się, ale o co chodzi z tym ciężarem? Po prostu pływalność woblera ustalam dodając ołowiu. Jego usytuowanie wpływa na akcję i stabilność woblera i gdy kształtka wykonana jest z bardziej wypornego materiału, to mamy większe pole manewru. Balsę kupuję w deseczkach, metr na dziesięć centymetrów. W trzech grubościach podstawowych 30mm, 20mm i 15mm. Do tego 8mm do boleniowych plaskaczy. Mając różne grubości łatwiej racjonalnie przygotować prostopadłościany na kształtki – mniej się materiału marnuje.

Balsa, deseczka 3 cm grubości. Nie idźmy na łatwiznę i zamiast łupać, odpiłowujmy odpowiednie kawałki

Skoro już wspomniałem o tych prostopadłościennych kawałkach, to dam od razu sensowną radę. Odcinajcie odpowiedniej długości kawałek z deseczki, zaznaczcie na nim jak chcecie go podzielić wzdłuż włókien i zróbcie to brzeszczotem do metalu czy inną piłką z drobnymi ząbkami. Co prawda balsa nieźle się rozłupuje ale dzieląc w ten sposób taki dziesieciocentymetrowej szerokości kawałek np. na osiem, zawsze się coś spieprzy, pęknie nierówno itp. Cięcie brzeszczotem nie zajmuje więcej czasu, a skuteczność jest 100%. Po prostu nie idźmy na łatwiznę i starajmy się każdą operację zrobić porządnie. To nadrzędna zasada, nie tylko przy robieniu woblerów. Trzymając się jej bez wielkich mecyi natłuczemy całe pudło sensownych i niebrzydkich woblerków. A więc do dzieła 🙂

Korpus woblera. Strugamy kształtki

Zacznę od tego, że cudowna przynęta, skuteczna zawsze i wszędzie, nie istnieje. Dlatego też nie ma co jej poszukiwać, nie starajmy się tworzyć milionów różnych kształtów i wersji, by trafić na tę jedyną. Skupmy się na kilku, trzech czy czterech modelach. I nad nimi pracujmy. Poznanie i zrozumienie ich mechaniki pozwoli na stworzenie zestawu, w którym znajdzie się zawsze model adekwatny do sytuacji na łowisku. Wraz z nabywanymi wiedzą i doświadczeniem coraz lepiej będziemy w stanie określić, jak dany układ kształtu, steru i obciążenia wpłynie na pracę woblera i potrzebując np. wysmukły, drobno ale szybko pracujący, głęboko nurkujący, to siadamy i robimy takich kilka a nie strugamy w ciemno, a potem sprawdzamy, co który robi i czy aby jakiś się nadaje.

Nie warto tworzyć miliona różnych modeli. Skupmy się na kilku. Sam mam w sumie pięć podstawowych: z zaczepem w sterze (1), takie zwyczajne (2), klasyki (3), boleniowe lusterkowce (4), plaskacze (5). Od czasu do czasu mnie poniesie i popracuję nad czymś nowym, ale głównie eksperymentuję w ramach każdego z gatunków, zmieniając proporcje, stery i układ obciążenia

O pracy woblera (akcji) decyduje kształt jego korpusu, rodzaj zastosowanego steru oraz rozkład i wielkość obciążenia. Dobierając odpowiednio te parametry regulujemy pływalność woblera, głębokość pracy, częstotliwość i amplitudę drgań, usytuowanie osi wokół których wobler pracuje (akcja X, Y, V, lusterkowanie itp.). To temat rzeka (nawet widziałem doktorat napisany i obroniony w Japonii poświęcony mechanice woblerów) i postaram się o tym napisać w osobnym poście. Tu skupię się raczej na technologii, a ponieważ moje nieśmiałe rady kieruję raczej do początkujących, to dam jedną dość sensowną. Nie wyważajmy otwartych drzwi i na początek starajmy się skopiować wypróbowane już wzory. Np. klasyki Sendala czy Gębskiego, Horneta Salmo i co tam już mieliście w ręku i się sprawdziło. A z czasem wypracujemy własne wzory.

Pomysł na woblerka nie rodzi się w trakcie strugania. Wcześniej musimy zaplanować jego kształt.

Przystępując do strugania, nie możemy tego robić „na Michała Anioła” (rzeźba ukryta w kamieniu i tylko trzeba ją odkryć). Mamy dokładnie wiedzieć, jak nasz wobler ma wyglądać. Ja rysuję na kawałku kartonu wobler widziany z boku, wycinam i odrysowuję na prostopadłościennym kawałku balsy odpowiedniej grubości (1). Warto taki wzornik zachować. Jak trafimy z proporcjami i woblerek się sprawdzi, będziemy mogli dorobić jeszcze identycznych. Od razu robię ok. 10 sztuk jednego typu, dla mnie tyle to w sam raz. Obcinam z grubsza nadmiar materiału (2) a potem obrabiam papierem do linii rysunku (3). Takie postępowanie zapewni nam jedną z podstawowych rzeczy wymaganych od przynęt – ich powtarzalność. I materiału nie namarnujemy ciapając bez sensu nożem. Tak otrzymaną kształtkę obrabiam dalej, zazwyczaj ścinam kanty nożem (4) a dalej już papier ścierny. Ważne, by dobrać odpowiedni do twardości materiału – lepiej niech zbiera za mało, jak za dużo, bo przy mniejszej wprawie można jednym pociągnięciem zmarnować kształtkę. Zwłaszcza przy balsie. W przypadku lipy czy korzenia olchy czarnej niebezpieczeństwo spieprzenia jest znacznie mniejsze. Nie staram się osiągnąć na tym etapie ostatecznego kształtu (5). Zostawiam margines umożliwiający korektę względem wycięcia na stelaż.

Kolejne fazy strugania

Te robię zwykłym szerokim brzeszczotem do metalu. Niby nic trudnego, ale by się „nie przekosiło” nacinam po kawałku od dzioba i ogona a potem łączę oba nacięcia (6). Zawsze tnę odrobinę głębiej, by można było bez problemu właściwie ustawić oczka stelaża. Nacięcie można też zrobić bardziej fachowo i precyzyjnie. Zanim zaczniemy fazować oszlifowaną do linii rysunku kształtkę. Na płaskim blacie kładziemy deseczkę czy cokolwiek o takiej grubości, by położony na niej brzeszczot był na wysokości środka leżącej na boku kształtki. Brzeszczot lekko wysuwamy. Następnie przesuwając po blacie kształtkę nacinamy ją idealnie w połowie, równolegle do płaszczyzn bocznych (7). Nawet miałem sobie zrobić taką regulowaną platformę, ale na „mieniu” się skończyło. Ze zwykłego lenistwa tnę zazwyczaj „na oko” trzymając kształtkę w ręku a opisany sposób wykorzystuję z rzadka 🙂 Jak już, to na podwyższenie ożywam jakąś starą książkę – można dodając lub ujmując strony idealnie ustawić brzeszczot 🙂

Kształtka po wstępnej obróbce, gotowa do zrobienia wycięcia na stelaż i kształtki z już z wycięciem zrobionym w ręku. Tak „na oko” albo jak kto woli „na żywca” 🙂

Metoda z podkładką. Wycięcie wychodzi nieźle, ale obstrugując kształtkę trzeba to robić bardzo ostrożnie i delikatnie – lubi pęknąć wzdłuż nacięcia. Można się przed tym zabezpieczyć robiąc płytkie nacięcie a pogłębić je dopiero po sfazowaniu kształtki

Końcową obróbkę przeprowadzam cały czas trzymając kształtkę na brzeszczocie. Spojrzę z przodu (9), z tyłu (10), z góry (8) itd. i koryguję asymetrię. Płaszczyznę symetrii cały czas wytycza brzeszczot. To niezmiernie ważne, by wobler miał pionową płaszczyznę symetrii. Zapewnia ona stabilność woblerowi, a właściwie to stabilne osie równowagi wokół których wobler pracuje. Nawet jak zrobimy najdziwniejszy w kształcie ale symetryczny wobler, to zawsze można dobrać tak kształt steru i jego położenie, że wobler stabilnie pracuje, nie wywala się na boki, nie halsuje czy obraca. W przypadku niesymetrycznego jest to już niezmiernie trudne, a czasami nawet niemożliwe. Patrzymy, szlifujemy, znowu patrzymy i tak dalej aż do uzyskania zadowalającego efektu (11) 🙂

Płaszczyznę symetrii wytycza brzeszczot. Oglądamy kształtkę z dołu, z przodu, z tyłu i papierem ściernym niwelujemy wszelkie zaobserwowane niesymetryczności. Oko ludzkie jest na nie bardzo wyczulone i jesteśmy w stanie wykonać symetryczną kształtkę z na prawdę dużą dokładnością

Stelaż do woblera

Może fanatycy zasady no kill uznają to za fanaberie, ale ja tam uważam (większość pewnie też), że do woblera trzeba doczepić jakieś kotwiczki. I w ogóle fajnie jest, jak sam wobler ma jakiś zaczep. Czyli wyjścia nie ma i trzeba dorobić mu uszka czy też inne oczka. Można to zrobić wklejając lub wkręcając je każde z osobna. Sprawdza się to w przypadku, gdy wobler wykonany jest z twardego, wytrzymałego materiału. Jednak nawet wtedy trzeba to zrobić wyjątkowo pewnie i staranie – widziałem już parę razy, jak po kilku kontaktach z twardymi zaczepami z wody wyjeżdżał wobler bez kotwiczki a nawet samo przednie oczko.

Drut ortodontyczny spring hard firmy remanium 0,7 i 0,8 mm.

Ze względu na stosowany materiał, problemy z wklejaniem oczek mnie nie dotyczą. Wklejam cały stelaż. Robię go z drutu ortodontycznego, sprężystego, ekstra twardego. To stosunkowo droga zabawka, ale przy niewielkiej produkcji nie stanowi to problemu. Zwłaszcza, że można taki drut kupować w dziesięciogramowych odcinkach po kilka złotych. Oczywiście nie musi to być drut ortodontyczny, wystarczy spawalniczy chromoniklowy czy inna nierdzewka. Możliwości i pomysłów jest bez liku. Właściwie sprężystość drutu przydaje się tylko w przypadku woblerów z zaczepem w sterze, do zwykłych wygodniejszy jest miękki. Łatwiej go wyginać. To, że używam jedynie „springharta” jest wynikiem tego, że poza woblerami robię także obrotówki i inne spinerbajty, a tu porządny sprężysty drut jest niezastąpiony. By nie komplikować sprawy, co jakiś czas kupuję po dużym kłębku 0.7 i 0.8 i mam do wszystkiego. Do największych woblerów używam 0.9, ale to sporadycznie i w małych kłębkach.

Zazwyczaj stelaże kręcę na imadełku. Przy odrobinie wprawy i niewielkiej produkcji taki sposób jest wystarczający

Stelaż wyginam posługując się kombinerkami i gwoździem wkręconym w niewielkie imadełko (12). Oczywiście można zrobić do tego przyrząd, na Youtube widziałem kilka niezłych patentów, ale przy niewielkich partiach to raczej szkoda czasu. Ostatecznie można wbić w deskę w odpowiednich odległościach pięć gwoździ, obciąć im łebki i na tym kręcić (13). Ale to patent raczej do miękkiego drutu, z twardym już tak łatwo nie pójdzie 🙂 Z resztą, przy niewielkich stosunkowo ilościach jakie robię, zwyczajnie nie chce mi się kombinować. Dolne oczko umieszczam zazwyczaj w jednej trzeciej długości kształtki. Czasami, mając na uwadze kształt woblera i planowany rozmiar kotwic, przesuwam je deko do przodu. Same oczka robię zaokrąglone – te w kształcie litery U są tak samo dobre, ale te okrągłe wyglądają bardziej profesjonalnie 🙂 Wystarczy złapać kombinerkami owe U lekko z boku i przegiąć w tę stronę całość, potem to samo z drugiej strony i już. Żadna filozofia, po trzecim razie każdy to będzie robił tak, jakby trenował całe życie. W przypadku stelaży do woblerów z zaczepem w sterze, po wykonaniu przedniego oczka chwytam kombinerkami nieco poniżej (tak na grubość planowanego steru) i zaginam pod kątem prostym.

Metoda pięciu gwoździ 🙂 Stelaże wychodzą tej samej wielkości, nie musimy za każdym razem mierzyć. Trzeba tylko dopracować po zdjęciu zagięcia i dolne oczko

Wspominałem już, że zazwyczaj robię całą partię danego modelu woblerów i zależy mi, by wyszły jak najbardziej powtarzalne. Wiadomo, ręce to nie maszyna CNC i zawsze są jakieś delikatne różnice. Ale staram się je jak najbardziej zminimalizować. Przygotowuję kształtki dokładnie tej samej długości (zawsze można ogonek skrócić o ten milimetr czy dwa), nacinam je na tę samą głębokość. Dzięki temu mogę zrobić do każdej taki sam stelaż. To istotne, bo jeszcze będziemy dodawać ołów wpływający na pracę woblera i dobrze, gdy będzie rozmieszczony w każdym egzemplarzu tak samo. Z resztą sama dolna kotwiczka to też obciążenie, którego położenie jest ważne. To niby tylko mało istotne szczegóły, ale w ten sposób unikamy zdziwienia nad wodą, że mamy dwa wydawało by się takie same woblerki, jeden pracuje jak trzeba, a drugi tylko nadaje się do chlaśnięcia o kant dupy. Szczególnie w przypadku mniejszych woblerów takie różnice są od razu widoczne. Mimo, że robimy je z taką samą dokładnością jak te duże, to ewentualny błąd stanowi znacznie większy procent wymiarów małego woblera i nad wodą zamiast wywalać kolejnego klenia czy jazia, dłubiemy przy zaczepie i sterze, by gnojek zaczął wreszcie chodzić.

Obciążenie woblera

Wklejając stelaż zazwyczaj jednocześnie umieszczamy w woblerze obciążenie. Oczywiste, że podobnie jak w przypadku kształtu i stelaża, także obciążenie w partii tych samych modeli woblera powinno być identyczne. Najlepiej wyciąć je od razu dla wszystkich kształtek z taśmy ołowianej stałej grubości. Fajnie mieć taką grubości jeden i dwa milimetry (np. ze starej instalacji elektrycznej) ale zazwyczaj nie mam takowej i radzę sobie w inny sposób. Odlewam płytkę ok. 3 mm używając aluminiowej formy do główek. Tyle, że składam formę odwrotnie, zewnętrznymi stronami do siebie, a w środek wkładam dystansujący całość wygięty drut. Odlew tnę na paski i rozklepuję do pożądanej grubości. Oczywiście można też wylać ołów na kawałek papieru i jak zastygnie potraktować młotkiem. Byle uzyskać po rozklepaniu jednakową grubość, tak by w każdym woblerze danego modelu było tyle samo ołowiu.

Patent na płytkę ołowianą. Niestety, cieńszy drut się nie sprawdza i zazwyczaj trzeba płytkę pociąć i rozklepać

Jak dużo potrzeba tego ołowiu? Tu nie ma uniwersalnej recepty. Wszystko zależy od efektu, jaki chcemy osiągnąć i żadna waga czy wiedza teoretyczna nie zastąpi tu nabywanego z czasem doświadczenia. Starajmy się jednak nie przesadzać z ilością, szczególnie, gdy np. planujemy zrobić z lipy pływający woblerek, a nie boleniowy przecinak. Na początek poleciłbym rozmieszczenie ołowiu w ilości 2/3 na odcinku między przednim a dolnym uszkiem, i 1/3 zaraz za nim. To takie położenie obojętne w stosunku do osi wokół której pracuje większość woblerów. Przesuwając obciążenie do przodu zwiększymy amplitudę drgań, w tył na odwrót. Nie można tylko z tym tyłem przesadzić, bo wobler straci stabilność. Kombinacji jest wiele, już obiecałem, że o tych zależnościach napiszę w kolejnym poście. Właściwie od tego powinienem zacząć, ale to wymagałoby przemyślenia i usystematyzowania wiedzy i doświadczeń, czyli wysiłku, nazwijmy to, intelektualnego. A ponieważ, jak większość pewnie, leniwym jestem z natury, poszedłem na łatwiznę i zacząłem od wypisywania pierdułek o struganiu i klejeniu. Cóż, człek ułomnym jest w swej naturze 🙂

Wklejanie stelaża

Tu nie ma dyskusji. Stelaż musi być wklejony „na sztywno”. Przekonał się o tym Henio. Mimo moich uwag wklejał stelaże wikolem, gumowatym po wyschnięciu, i pierwszy większy sum zdemolował mu wobler. Stelaż się rozciągnął, druty powyłaziły i tylko cudem zwierzak nie uciekł z kotwicą czy całym woblerem w pysku. Osobiście wypracowałem dwie metody wklejania stelaża. „Na szybko” i „Porządnie”. Obie są skuteczne i w zasadzie to jaką stosuję zależy tylko od kleju, jaki mam.

Korpusy, stelaże i obciążenie gotowe. Można wklejać

Metoda „Na szybko” to wklejanie klejem cyjanoakrylowym (14). To te wszystkie Kropelki, Super Glu i takie tam. Wklejanie rozpoczynam od zablokowania przedniego i tylnego oczka na odpowiedniej głębokości. Po prostu zatykam nadmiar nacięcia kawałeczkiem balsy i przyłapuję go kropelką kleju (15). Przy okazji zapobiegnie to wyciekaniu kleju. Następnie wkładam stelaż, dociskam go, wlewam w wycięcie klej i wsadzam obciążenie. W razie potrzeby, gdy stelaż nie dochodzi na którymś z końców (od ogona szczególnie tak lubi) dociskam go kolejną ostrużyną z balsy. Wszystko to trzeba robić szybko, tak na raz, bo klej wiąże momentalnie i jak się na chwilę zagapimy, to nie wciśniemy ołowiu albo drut do końca nie dojdzie. Jak całość załapie, to dolewam kleju i zatykam wycięcie kawałeczkami balsy (14). Po przeschnięciu wyrównuję całość pilnikiem do metalu nr1 i papierem ściernym.


Wklejanie stelaża klejem cyjanoakrylowym. Najpierw właściwe umieszczam i zablokowuję stelaż w korpusie, potem wklejam ołów i rowek wypełniam kawałeczkami balsy. Zazwyczaj używam kleju w dużych 50 gramowych opakowaniach, ale jak raz się skończył i żeby mieć do demonstracji, kupiłem małego Patexa

Kleju trzeba dawać sporo, więc korzystanie z takiego w małych tubkach drogo wychodzi. Lepiej, przy okazji kupowania w sklepie modelarskim balsy sprawdzić, czy nie mają też cyjanoakrylu w większych opakowaniach. Zazwyczaj mają, a klej w opakowaniu 50g jest z pięć razy tańszy, jak ten w małych tubkach. Te 50g to tak w sam raz, przynajmniej dla mnie. Jak jest w opakowaniu kleju więcej, to i tak go szlag trafia, zanim go zużyję. Jak nie żałujemy kleju, to stelaż wklejony w ten sposób jest nie do ruszenia, a samo wyrównywanie wklejenia jest bezproblemowe. I po kwadransie kształtka nadaje się do dalszej obróbki. Tyle, że strasznie przy takim wklejaniu zawsze sobie łapska uświnię i przez dwa dni wygląda, jakbym jaką łuszczycę miał. Może inni naukowcy lepiej sobie poradzą, mi się nigdy nie udało 🙂

Do „porządnego” wklejania używam żywicy epoksydowej, a właściwie dwuskładnikowego kleju epoksydowego (16). Wolę ten szybkowiążacy, pięciominutowy. Na tyle szybko twardnieje, że nie wycieka specjalnie i bez dodatkowych zabezpieczeń można go utrzymać w wycięciu. Trzeba go tylko rozrabiać oszczędnie, by nadmiar nie zdążył związać przed wykorzystaniem. Najlepiej na początek zacząć od ilości wystarczającej na jeden wobler, a jak dojdziemy do wprawy, to można, by nie tracić czasu, rozrabiać więcej. Klej wprowadzam do wycięcia kawałkiem drutu, najczęściej spinaczami biurowymi które używam także jako haczyki przy malowaniu. Wciskam stelaż, ołów, ewentualnie kawałeczki balsy, by przyoszczędzić klej. Jak trzeba dodaję trochę kleju do rowka albo usuwam nadmiar. Boki woblerka przecieram papierem. Zawsze się trochę uświnią klejem i lepiej go zetrzeć zanim spolimeryzuje, niż później walczyć pilnikiem. Żadna filozofia, odrobina wprawy i idzie jak burza 🙂

Stelaże wklejone klejem epoksydowym. Używam kleju transparentnego. Przy wklejaniu stelaża nie ma to znaczenia, ale ten sam klej używam do sterów, a to już wymaga bezbarwnego. Ten UHO się sprawdza, także Distal Rapid. I pewnie wiele innych 🙂 Na drugim zdjęciu korpusy z wklejonymi stelażami. Już po obróbce, jeszcze tylko wycięcie na ster i ewentualnie „oczodoły” i możemy malować.

W przypadku kleju epoksydowego nie upaprzemy rąk jak cyjanoakrylem, ale za to obróbka ewentualnych nadlewów jest trudniejsza. Musimy to robić delikatnie, by z klejem nie odeszły kawałeczki balsy. Ostatecznie umawialiśmy się na początku na robienie ładnych woblerów, a nie jakichś parchaczy 🙂 Już pisałem, że używam do takiej obróbki pilnika jedynki. Dodam, że trójkątnego. Łatwiej można dojść nim w miejsca przy oczkach, gdzie płaskiego byśmy nie wcisnęli. Dobrze jest na koniec przejechać całą kształtkę drobnym papierem, by usunąć ewentualne maźnięcia żywicą. Jak zostaną, to widać je później po malowaniu. I pamiętajmy, że zanim przystąpimy do ostatecznego wygładzania, musimy dłuższy czas odczekać. Klej co prawda już po kilku minutach nie cieknie, ale jest miękki i się ciągnie, wykrusza z rowka itp. Źle się go obrabia i musimy poczekać, aż zupełnie spolimeryzuje. Można to znacznie przyspieszyć kładąc kształtki w ciepłym miejscu, np. na kaloryferze.

Wycięcie na ster

To najważniejsza operacja w całym procesie konstruowania woblera. Od prawidłowego umieszczenia steru zależy jego działanie. Te wszystkie łuseczki, oczka 3D, kolorki jak z bajki to rzeczy trzeciorzędne. Jak teraz coś spieprzymy, to cała nasza wcześniejsza i późniejsza praca idzie w piach. Wycięcie warto robić przed malowaniem. Gdy coś spieprzymy, zawsze możemy poprawić nie marnując pracy włożonej w malowanie. Wystarczy wkleić w nieudane wycięcie cyjanoakrylem kawałek balsy i oszlifować do równego. Wobler jednak wielu takich poprawek nie wytrzyma i starajmy się zrobić dobre nacięcie za pierwszym razem. Przy robieniu wycięcia na ster obowiązuje jedna naczelna zasada. Płaszczyzna steru ma być prostopadła do pionowej płaszczyzny symetrii woblera. Inaczej wobler będzie się kładł na boki itp. Na koniec można ewentualne niedoróbki w tym względzie skorygować podginając przednie oczko, ale zakres regulacji jest niewielki i starajmy się zrobić wycięcie jak najdokładniej.

Mimo wieloletniej praktyki nie wypracowałem jakiejś skutecznej metody, by tę dokładność łatwo osiągać. Dalej wycięcie robię na oko brzeszczotem (18), a dokładność zapewniana jest przez wieloletnią wprawę. Łatwiej jest z większymi woblerami, w których planujemy ster grubszy od grubości brzeszczotu. Wtedy ewentualną korektę przeprowadzamy przy poszerzaniu wycięcia. Robię to płaskim iglakiem (19) i zawsze można odrobinę otwór przekręcić. Jak mamy wątpliwości, to warto włożyć kawałek poliwęglanu i wtedy lepiej widać, jak ułożona jest płaszczyzna steru względem korpusu.

Nacięcie na ster robię brzeszczotem, a gdy planuję wstawienie grubszego steru, poszerzam je iglakiem. To kluczowy moment, nie można się spieszyć. Lepiej pięć razy popatrzeć jak idzie brzeszczot, zanim zrobimy ten centymetr czy półtora wycięcia, niż na szybko zmarnować całą dotychczasową robotę

Z tym robieniem wycięcia na ster przed malowaniem to nie do końca prawda. W woblerach z zaczepem w sterze robię je tak obligatoryjnie. Ale w przypadku tradycyjnych już bywa różnie. Chodzi o to, że takie nacięcie sprawia kłopot przy malowaniu, jakieś bąbelki powietrza wyłażą itp. Przeszkadza to szczególnie przy malowaniu woblera zaczepionego za ogon. A lubię jak klasyki, szczególnie te mniejsze, mają cienkie ogonki, więc maluję je głową w dół i nacięcie na ster robię już po kompletnym malowaniu. Te z zaczepem w sterze wieszam zawsze za przednie oczko, więc zrobione wcześniej nacięcie mi nie przeszkadza.

Oczodoły, czyli wgłębienia na umieszczenie oczu 3d

Kupę lat oczy malowałem farbą, robiąc kółka główką gwoździa. Ale w końcu kupiłem sobie oczka 3d. Wyglądają ładnie, tyle, że niespecjalnie chcą się trzymać wygiętej powierzchni i przy końcowym lakierowaniu je zmywa. Receptą na to zjeżdżanie oczek z lakierem są właśnie oczodoły – okrągłe wgłębienia głębokości o,5 – 1 mm. Przy ich robieniu używam także główek gwoździ. Tyle, że nie maczam ich w farbie, a rozgrzewam nad gazem i wgłębienie wypalam. Jak mamy główkę średnicy oczka, to otwór wychodzi ciut większy, ale wraca do właściwego wymiaru po wstępnym lakierowaniu.

Oczodoły gotowe. Lubię, jak wobler ma duże oczy, fajniej tak wygląda, to nawet do średnich wstawiam takie 7 mm. Obok kształtek „przyrząd” do siedmiomilimetrowych oczodołków

Wielkiej filozofii tu nie ma, trzeba tylko przed wypalaniem zaznaczyć dokładnie położenie otworów. Jak zrobimy to na oko, to rośnie ryzyko, że wobler wyjdzie zezowaty. Gdyby się tak stało, to zawsze można wkroplić do otworu klej cyjanoakrylowy, wcisnąć kawałek balsy i całość zeszlifować papierem. I jeszcze raz spróbować trafić 🙂 A, oczodoły robimy po wycięciu otworu na ster. Jak będziemy postępować odwrotnie, to może nam się wycięcie nie zmieścić, wleźć na oko i trzeba będzie zmieniać koncepcję. Oko to w sumie tylko ozdobnik, a ster to podstawa w woblerze, więc zadbajmy, żeby nacięcie na niego było we właściwym, zaplanowanym miejscu.

Po tych wszystkich opisanych wyżej operacjach mamy już wobler w „stanie surowym”. Teraz możemy przystąpić do lakierowania i malowania. Ale o tym, także o wklejaniu sterów, w następnym poście o woblerach.

Wujek Janek 🙂