W połowie kwietnia Wujek Janek, jak na zatwardziałego bezbożnika przystało, wyjechał w rodzinne strony na Święta Wielkanocne pod pretekstem połowu mitycznych pstrągów, które ponoć jakieś ćwierć wieku temu występowały sporadycznie w tamtejszych ciekach wodnych.

Stanąłem więc przed koniecznością pilnego zorganizowania sobie balastu dziobowego, bo łódka ze mną i 25 kg silnikiem na rufie  z tajemniczych powodów ma niebezpieczną tendencję do stawania w pionie. Balast  objawił się dzisiaj w postaci Damiana (pływał już ze mną w zeszłym roku za sumem i to nawet z niejakimi sukcesami) a że jakoś tak zwykle bywało że przynosił mi w przeszłości szczęście więc byłem niemal pewny że o kijach nie wrócimy. Zwłaszcza że przedwczoraj przestało w końcu wiać arktycznym chłodem i zrobiło się przyjemne +17 C. Jednak gdy dotarłem na przystań mina mi się niestety wydłużyła i to mocno.

Jeden obraz wart jest ponoć więcej niż 1000 słów….. silnik zaryty śrubą w mule, łódka szorująca dnem po mieliźnie, jakieś szyny wynurzone ponad powierzchnię……chyba nawet Najstarsi Górale nie pamiętają tak dramatycznie niskiego stanu wody na podwrocławskiej Odrze. Pełen niedobrych przeczuć spycham łódkę na nieco mniej płytką wodę, dociskając dziób coby śrubą dna nie orać. Na szczęscie zostawiliśmy silnik w pozycji „spocznij” więc o uszkodzeniu kolumny mowy być nie mogło ale oczyma wyobraźni już widzę siebie mielącego wiosłami muł przy próbie sforsowania wyjścia z portu (w czasach chwały- 90 cm wody pod kilem, obecnie… wolę się nawet nie domyślać). Póki co podziwiam ulubione łowisko mikrookonków Wujka Janka dowiadując się przy okazji, dlaczego na dropszota osiągałem na nim sukcesy, delikatnie pisząc, mniej niz umiarkowane

Tak, ten betonowy detal dotychczas zawsze był niewidoczny, bo przykryty wodą, i to na  nim brały mikroookonki

Trochę na wiosłach, trochę na silniku płynę środkiem portu podziwiając fragment pomostu smętnie zwieszony na wystającej z dna stalowej szynie (btw. szyn na dnie portu jest tyle jakby tu za Niemca co najmniej jakiś węzeł kolejowy był). W zeszłym roku cumowały do niego całkiem spore jachty.

Na szczęście wyjście z portu prezentuje się dużo lepiej niż to sobie po czarnowidzku wyobraziłem. Da się wypłynąć, choć oczywiście z ostrożności wyłącznie na wiosłach no i mimo wszystko jednak z odrobinką duszy na ramieniu.

Dopływam do elektrociepłowni a tam kolejna niespodzianka, tym razem przyjemna- ciepła woda, której wypływ zastopowali kilkanaście dni temu, znowu płynie dziarskim strumieniem a na powierzchni widoczne są liczne ślady żerujących ryb. Kotwiczę, wyciągam małego woblerka i po kilku rzutach mam…. sporego, ok. 3 kg leszcza zahaczonego za płetwę grzbietową. Szybko zmieniam metodę na dropszota, łapię jakiegoś okonka czy dwa.. i cisza. Na szczęście wktótce poziom wody podnosi się dość znacznie (pewnie zamknęli Rędzin) więc bez strachu zmieniam miejscówkę na bardziej „kleniową”. Chwilę obławiam  płycizny w okolicy filarów mostowych woblerami i blaszkami (bez skutku) wreszcie znowu sięgam po dropszota na głębszej wodzie.  No i rezultat przyszedł niemal natychmiast, choć nie do końca zgodny z oczekiwaniami:

Przed najważniejszymi kościelnymi Świętami najpierw pożar paryskiej katedry, teraz ten  niemożliwy 66 cm boleń (dokładne pomiary wykazały 66,6) na okoniowego dropszota z 4ch metrów przy samym dnie… a gdy chwilę potem do łódki podpłynął zaskroniec (a któż to z upodobaniem przybiera postać węża, no kto?)  ja przestałem mieć nawet cień wątpliwości co tu się wyprawia. Ksiądz Bozowski mawiał ponoć że nie ma przypadków, są tylko znaki.

Mimo wszystko jutro przed południem płynę na wędkarską dogrywkę. Przydałaby się wreszcie jakaś rybka na święta (może karp?), choć akurat te wielkanocne nieszczególnie do rybki pasują. No i na karpia to chyba jednak niezbyt wypada wyruszać ze spinningiem…..W zeszłym roku złowiłem drop shotem trzy leszcze jednego dnia, może jutro uda sie powtórzyć ten manewr?