Sklep wędkarski

Sklepy wędkarskie. Czemu kupujemy nowy sprzęt

Jak mawiała moja babcia Natalia, człowiek psotnym jest a szkudnym. I jak tylko ma okazję, to zaraz coś napsoci i popsuje. Z drugiej strony statystycznego reprezentanta gatunku Homo sapiens rozpiera chęć posiadania. Gromadzenie coraz większej liczby coraz nowszych rzeczy mamy wręcz w genach i gdy zobaczymy jakąś nowinkę, to zaraz chcemy ją mieć. Wszelkie mody też tu mają sporo do powiedzenia.

Co ma jednak owa psotność do przymusu posiadania, a obie te rzeczy do wędkarstwa, szczególnie spinningowego, któremu ten blog jest poświęcony? Ano to, że są to istotne motory napędzające rynek sprzętu wędkarskiego. Właśnie im wszelkie sklepy wędkarskie, zarówno te tradycyjne, stacjonarne, jak i wędkarskie sklepy internetowe, zawdzięczają możliwość zyskownej działalności. Bo odpowiedzmy sobie tak szczerze, z jakich powodów godzinami zamęczamy Wujka Google wyszukując internetowy sklep wędkarski, gdzie według nas będzie tanio, czy też jedziemy do ulubionego stacjonarnego sklepu z wędkarskim sprzętem i kupujemy nowy kij czy kołowrotek. Głównie właśnie z tych dwóch powodów.

Lubimy mieć coraz to inne, nowe zabawki. I najlepiej jak najwięcej. To, że kolejny raz przyczyniamy się do zwiększenia obrotów jakiegoś sklepu wędkarskiego nie zawsze ma racjonalne przesłanki. No ale jak tu nie posiadać specjalistycznego kijka do tej czy innej metody, kołowroteczka na tę czy inna okazję. Przecież nie jesteśmy jakimś wędkarskim frajerstwem, a wysokiej klasy fachowcami. A takich poznaje się po specjalistycznym sprzęcie. Jeden czterdziestogramowy kij to może mieć jakaś niedzielna łajza czy inny gumofilec, a nie spinningowy arcymistrz międzygalaktyczny. I tak nasza zbrojownia coraz bardziej pęka w szwach, a właściciele sklepów wędkarskich zacierają ręce i liczą zyski.

Przy okazji muszę przyznać, że nie jestem tym jedynym sprawiedliwym, uprawnionym do pierwszego rzutu kamieniem. Posiadam więcej jak dwadzieścia kijków i z dziesięć kołowrotków. A i tak zastanawiam się, czy pod choinkę kupić sobie coś nowego. A właściwie to nie nad zakupem się zastanawiam, bo ten jest nieodwołalny, ale czy kijek wziąć, czy kręciołka. Dusza by chciała do raju i kupiłbym i to, i to. Niestety sianka, mimo że Wigilia za pasem, nieco brakuje 🙂 Chyba zdecyduję się jednak na wędeczkę. Coś z mojej ulubionej serii Guide Select Dragona. W niektórych internetowych sklepach wędkarskich można jeszcze je znaleźć, choć serii już Dragon nie produkuje. A kolejny Stradic może poczekać. Nie wygląda, by miało ich zabraknąć.

Wzrost obrotów i zysków sklepów wędkarskich związany z dokumentowaniem mistrzostwa i fachowości to rzecz wręcz oczywista. Ale jak ma się do zakupów sprzętu wędkarskiego właściwa całemu gatunkowi ludzkiemu szkudność? Ma się mianowicie tak, że często zamiast, jak normalni ludzie, zainwestować w coś nowego, co wzbudzi szacunek i zazdrość gawiedzi, i podniesie nasz wędkarski prestiż, w trybie alarmowym pędzimy do sklepu wędkarskiego, by uzupełnić straty w sprzęcie. Bo właśnie połamaliśmy swój podstawowy kijek.

Oczywiście nie pod rybą. Mimo pięćdziesięciu już lat nad wodą, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Za to uszczerbków w sprzęcie wynikających z nieuwagi, bezmyślności i zwykłej głupoty naliczyłem już kilkadziesiąt. Te wszystkie wędki przytrzaśnięte klapą bagażnika czy drzwiami od samochodu, rozdeptane i rozjechane, połamane przy okazji próbnych wymachów w małym pomieszczeniu. Widziałem nawet dwa razy rozjechany kołowrotek, bo właścicielowi zachciało się przeparkować w trakcie rozkładania sprzętu. To właśnie jest ta ludzka szkudność i psotność. I podejrzewam, że ze dwadzieścia procent zakupów w sklepach wędkarskich, chodzi mi o kije, to właśnie ich wynik.

Powyższe powody, dla których nie przestajemy być klientami sklepów wędkarskich, i tych tradycyjnych, i internetowych, podałem tak z lekkim przymrużeniem oka. Ale jakby na to nie patrzyć, prawdy w tym sporo. Oczywiście głównym powodem kolejnych zakupów sprzętu wędkarskiego jest fakt, że jako wędkarze stale się rozwijamy. W miarę zdobywanej praktyki, gromadząc kolejne doświadczenia osiągamy następny poziom wtajemniczenia i wchodzimy na wyższy szczebel drabiny wędkarskich umiejętności. A to pociąga za sobą kolejne zakupy.

Zauważamy, że do opadu to szybki sztywny kij jest potrzebny, z kolei na takim kołku troć lubi odjechać w krzaczory i przydałby się w miejsce pały jakiś mocny parabolik, a kij którym próbowaliśmy łowić z łódki jest zwyczajnie za długi i szczególnie wystający za łokieć dolnik przeszkadza. Okazuje się, że nasza duma, kołowrotek z dwudziestoma łożyskami, nie radzi sobie z cienką plecionką i zamiast tego szajsu trzeba kupić sprawdzony model przyzwoitej marki. Plecionka na sandacze jest za cienka i nie tworzy spadochronu, i w ogóle to trzeba zainwestować w plecionki, bo te kupione okazyjnie chińskie to płaskie tasiemki. I tak dalej, i tak dalej. A że postęp i rozwój, co już dawno stwierdzono, niestety kosztuje, to i my, rozwijając się wędkarsko, musimy ponieść koszty. Oczywiście ponosimy je przy okazji zakupów w sklepach ze sprzętem wędkarskim.

Sklep wędkarski kiedyś i dziś

W trakcie mojej wędkarskiej kariery, a właściwie kariery nabywcy sprzętu wędkarskiego, sklepy wędkarskie zmieniały dwukrotnie swoje oblicze. Za nieboszczki komuny nie było niczego, właściwie to nawet i sklepów wędkarskich. Sprzęt kupowało się w sklepach sportowych, gdzie bywały stoiska czy kąciki wędkarskie. Oczywiście kupowało się, jak coś rzucili, wystało się czy załatwiło spod lady. Królowały radzieckie szklaki i kołowrotki, marzeniem każdego była NRD-owska Germina czy ewentualnie coś z Czechosłowacji.

Nieliczne prywatne sklepy wędkarskie oferowały sprzęt z zachodu w cenach raczej zwykłym wędkarzom niedostępnych. Kwitły wszelkiego rodzaju samoróbki i wynalazki, Poradnik Wędkarski podawał, jak używając żywicy i waty szklanej zrobić szczytówkę. Każdy wędkarz miał swoje patenty, jak zrobić przelotki z drutu czy fajny uchwyt do kołowrotka, które struny najlepsze są na szczupakową stalkę. I wiele innych. Było, ale minęło. I słusznie.

Wędkarski świat szedł do przodu, a myśmy stali w miejscu, dzierżąc w rękach te wszystkie bambusy. W latach osiemdziesiątych różnica technologiczna my – zachód była już tak duża, że nie tylko niemiecki wędkarz mógł się z naszego sprzętu wyśmiać i się nad nim nadziwić. Nawet moi kolesie z roku, Murzyny z Mociambiku czy innego tam Gabona, zwracali mi uwagę, że u nas to techniczna dzicz i na takie wędki jak moje, to u nich ostatni raz ich dziadkowie łowili. I to za młodu jeszcze.

Aż przyszedł rok dziewięćdziesiąty. Granice zostały otwarte i na wędkarskim rynku nastał czas radosnego kapitalizmu. Pojawiły się tony sprzętu z zachodu. Wygłodzeni wieloletnim postem rzuciliśmy się na te cudeńka, nie ważne, że przeważnie nie najwyższego lotu, ale przecież tyle lat na nie czekaliśmy. Zapotrzebowanie było tak wielkie, że na każdym rogu, jak grzyby po deszczu, powstawały sklepiki „Wszystko dla psa, kota i wędkarzy”. Sklepy wędkarskie pojawiły się  w reprezentacyjnych punktach miast, tam gdzie czynsz do tej pory mogły udźwignąć jedynie banki. Piękne to były czasy dla właścicieli sklepów, ale także dla nas, wędkarzy. Wreszcie mogliśmy sobie odbić lata komuniej przasności.

Tak rozdrobniony rynek przetrwał prawie dziesięć lat. W tym czasie zrobiliśmy się trochę bogatsi, a i wybredniejsi co nieco też. Przestaliśmy „łykać” jak leci każdy szmelc przywieziony z zagranicy. Większość zaczęła się rozglądać za czymś lepszym, bardziej markowym, wyrafinowanym czy specjalistycznym sprzętem. Dodatkowo nowinki z zagranicy spowodowały rozwój wielu nowych metod łowienia. A do tego już sprzęt od „psa i kota” przestał wystarczać. A i stanie w kolejce po wędki i kołowrotki razem z klientami na koci żwirek też zbrzydło większości. Płacimy, to wymagamy. Chcemy kupować w specjalistycznym sklepie z pełnym asortymentem i fachową, znającą się na rzeczy, obsługą.

Małe geszefty, powstałe na fali wędkarsko-handlowego boomu powykruszały się i na placu boju pozostały coraz częściej jedynie duże, specjalistyczne, dobrze zaopatrzone sklepy. Można tam kupić wszystko, co prawdziwe wędkarskie tygrysy lubią. Wybór od zwykłego haczyka po łodzie z napędem spalinowym. Właśnie ten wybór jest najatrakcyjniejszym elementem. Pytając o np. kij o konkretnych parametrach, dostajemy do wyboru kilka, kilkanaście modeli różnych producentów w kilku przedziałach cenowych. Zwyczajnie rynek wędkarski znormalniał. Zachód, Panowie, nam się zrobił.

Internetowy sklep wędkarski. Czy tylko same zalety?

Równolegle ze stacjonarnymi sklepami wędkarskimi, po roku dziewięćdziesiątym, zaczęła rozwijać się także internetowa sprzedaż sprzętu wędkarskiego. Z początku nieśmiało, ale obecnie, gdy praktycznie wszyscy mamy dostęp do sieci nawet z komórki, internetowe sklepy wędkarskie to potęga. Najpiękniejsze w takiej formie sprzedaży jest to, że nie musimy drałować do sklepu narażając się na odejście z kwitkiem, bo mimo wszechobecnego bogactwa nie dostaniemy tego, co konkretnie potrzebujemy. Tu nie wychodząc z domu, Wujek Google znajdzie nam kilku dystrybutorów. Możemy porównać ceny i wybrać najkorzystniejszą. Od razu widać, kto przesadził reklamując się jako „internetowy sklep wędkarski tanio„.

Wybór jest faktycznie ogromny. Sklepów jest bez liku, a na szczegółowe zapytanie o konkretny model wyświetla się nie kilku renomowanych potentatów, ale i te mniejsze, i najmniejsze sklepy, handlujące praktycznie tylko przez Allegro. Ale jak raz mają to, co nas interesuje i to w dobrej cenie, więc wygrywają. W ogóle ceny w wędkarskich sklepach internetowych są z reguły niższe, niż w tych stacjonarnych. Wiadomo, odpadają czynsz, opłaty, pensje personelu itp. Dodatkowo sklepy wędkarskie działające w internecie „robią dobrą robotę” nawet dla tych, co w nich nigdy zakupów nie robią. Po prostu wędkarskie sklepy internetowe szalenie zwiększają konkurencję na rynku sprzętu wędkarskiego, czym wymuszają na tych tradycyjnych wstrzemięźliwość w ustalaniu cen.

Wędkarskie sklepy internetowe to takie okno na świat dla wędkarzy z mniejszych ośrodków. Ich „macierzyste” sklepy oferują zazwyczaj co najwyżej średniej klasy sieczkę, a coś ekstra to najwyżej mogą sprowadzić, doliczając horrendalną marżę. I w ogóle, korzystając z faktu, że do najbliższej konkurencji to trzeba jechać ze trzydzieści kilometrów, ceny mają z kosmosu. A tu proszę bardzo. Dwa dni i kurier melduje się z naszym wymarzonym kijkiem czy kręciołkiem. A i w portfelu co nieco zostaje.

Można by było wyliczać jeszcze zalety wędkarskich sklepów internetowych, ale co z ich wadami. Pomijając fakt, że to ułatwienie dla zakupoholików, to wydaje się, że główną wadą zakupów sprzętu wędkarskiego przez internet jest brak fizycznego kontaktu z kupowanym towarem. Każdy wędkarz lubi sobie pomachać w sklepie upatrzonym kijkiem czy pokręcić kołowrotkiem, a przez internet takiej możliwości już nie ma. To pozorna raczej wada. Takie sklepowe próby nic nie wnoszą. O kiju dowiemy się czegoś dopiero po uzbrojeniu, wykonując kilka rzutów różnymi przynętami. Kołowrotek ocenimy sprawdzając, jak nawija linkę i jak ona z niego schodzi przy wyrzucie. Już lepiej kupować na podstawie opinii użytkowników. A już w ogóle najlepiej to wypatrzeć nad wodą kogoś z obiektem naszych westchnień i kilkoma rzutami zweryfikować w „warunkach bojowych” przydatność sprzętu do naszych celów. Nie zdarzyło mi się nigdy, by ktoś odmówił takiej pomocy.