Odgrażałem się w piątkowym poście, że w sobotę pojadę pod Most Warszawski poszukać jakichś przyzwoitszych okoni. Od rana jednak popadywało i jakoś się nie zmobilizowałem. Ale niedzieli już nie odpuściłem. Co prawda wiało, jakby się kto powiesił, i to ktoś ważny (np. prezes ZG PZW), ale poza łowieniem jako takim chciałem jeszcze załatwić jedną ważną sprawę. Henio kupił sobie u Chińczyków jakąś szemraną kamerkę i postanowił kręcić filmiki z naszych wypraw. Pomysł, by zaistnieć na Youtube, nawet mi się spodobał. Musiałem tylko sprawdzić, czy Henio daje sobie radę z tą kamerką. On wszystko wie i potrafi. Jak go zapytać. Jednak, gdy przychodzi co do czego, to ciężko patrzeć na jego wyczyny. Za chwilę zwodujemy łódkę i zaczniemy, mam nadzieję, łowić coś, co faktycznie warto sfilmować. I chcę mieć pewność, że będziemy do tego technicznie przygotowani.

Od razu powiem, Street Fishing niespecjalnie się nam udał. A właściwie to w ogóle. Zajechaliśmy pod most, uzbroiliśmy sprzęt, Henio założył na głowę jakieś cudaczne szelki z kamerą i ruszyliśmy do walki. Ja łowię na boczny trok, Henio testuje Drop Shota. No i filmuje. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale o tym potem. Żadnych brań, w dodatku wieje wzdłuż kanału porywisty, zimny wiatr. Brzegi są wysokie, wiatr ma się gdzie rozpędzić, ściska go dodatkowo pod mostem i dostajemy z boku podmuch jak z jakiejś gigantycznej dmuchawy. Nie wygląda, byśmy mieli odnieść jakiekolwiek sukcesy, więc zarządzam przegrupowanie wojsk. Postanawiamy przenieść się na to małe bajoro przy śluzie na Osobowicach. Mamy nadzieję, że schowamy się jakoś od wiatru i coś złapiemy. Byle nie francę 🙂

Łowienie zaczynamy od szerszej części bajora, tej przy wypożyczalni łódek

Na bajorze też wieje, ale nie ma tego efektu dmuchawy, jak pod mostem. Zaczynamy od obrzucania szerszego kawałka przy wypożyczalni. Widać, że pomysł z bajorem nie był specjalnie oryginalny. W zasięgu wzroku mam z dziesięciu spinningistów, obok na brzegu śniada przy ognisku kolejna ekipa. Z tego silnego wiatru jest i pożytek. W ogóle nie ma gliździarstwa i swobodnie można obrzucać całą zatoczkę. Normalnie to siedzi dwóch, trzech specjalistów od robactwa. Zestawy mają smalnięte pod drugi brzeg, bo tam zawsze lepiej bierze. Jakby sobie nie mogli przejść na druga stronę i łowić pod nogami. Oczywiście na skos, taka fantazja. I wystarczy dwóch takich pacjentów, by zablokować całe bajoro. Ale dzisiaj mamy farta, wystraszyli się pogody 🙂

Mój pierwszy niedzielny okoń. Wreszcie sukces. Niestety, to tylko mikrosukcesik, ciężko go na zdjęciu wypatrzyć

Szału nie ma, ale w końcu łowię jakiegoś okonka. Po chwili mam poważniejsze branie. Od razu widzę, że to nie okonek a pewnie szczupak. Nie ma tego charakterystycznego krótkiego poszarpywania. Tego „tyr, tyr”, jak je nazywał Pagaj, specjalista od okoni z ekipy Strzeliniaków łowiącej na Mietkowie. Holuję delikatnie i drę się na Henia, by przylazł i pofilmował. Może się uda podciągnąć szczupłego do brzegu, może skoczy i będą fajne ujęcia. Niestety, jak próbuję go wprowadzić w przerwę w zielsku, szczupak robi zwrot, bierze przypon na zęby i jest po wyścigach. Może udało się choć hol utrwalić. Malowniczo wygięta moja Tiny robiła by wrażenie. Ale i tu zawód.

Wreszcie zainteresowałem się, co też Henio wyczynia z kamerą. Po prostu porażka. Mówiłem mu, by filmował cały czas, ale on wie lepiej. Pilota nie potrafi obsługiwać, więc ciągle coś gmera przy kamerce, włącza ją i wyłącza. Przy okazji przekrzywił ją w bok i do góry, i jak na razie to albo nic nie filmował, albo niebo i wierzchołki drzew. Ustawiam mu kamerkę ale za chwilę jest to samo. Heniu jest po prostu niereformowalny. Z godzinnego albo lepiej nagrywania ciężko było wybrać kilka sensownych fotek do wpisu, a o zmontowaniu jakiegoś filmiku to w ogóle możemy zapomnieć.

Pierwszy okonek Henia tego dnia. Olbrzym to nie jest, ale do klasyfikacji sztuka się liczy 🙂

Przesuwamy się dalej, w głąb zatoczki. Łowię jeszcze dwa mikrookonki, Henio zajmuje kolejne stanowisko i wreszcie też wyciąga pasiaka. Już szykuję się do komentarza, że widzę, że się od najlepszych, tzn. ode mnie, uczy. Ale zanim zdążyłem kłapnąć dziobem, Heniu ciągnie drugiego, trzeciego, za chwilę jest już pięć do trzech dla niego. Raz się zdarzyło, że wygrał ze mną w kategorii okonie na gumę. Nie mogę dopuścić, by sprawa się powtórzyła. Przez pół roku by nie można było go przekonać do zrobienia czegokolwiek sensownego. Przecież taki mistrz nie będzie nikogo słuchał 🙂

Obchodzę jego stanowisko, staję kawałek dalej i też zaczynam łowić. Widać, że wreszcie namierzyliśmy wymarzone stado. Szkoda tylko, że rozmiary biorących okonków są haniebne. W ogóle to mam na początku kłopot z zapięciem okonka. Żerują całkiem fajnie, ale w zimnej wodzie robią to jakby w zwolnionym tempie i pierwsze kilka kontaktów kończy się tylko na poszarpaniu ogonka twistera. Biorę się na sposób, gdy czuję pierwsze pstryknięcie przestaję robić na dwie, trzy sekundy cokolwiek. W tym czasie niemrawy okonek połyka twisterka i już można włączyć windę na brzeg.

Henio zaczyna łowić, po chwili już prowadzi pięć trzy. Tu wyjazd kolejnego okonia „na balona”. Nie wzięliśmy podbieraka, niestety 🙂

W życiu jak w piosence Janka Kaczmarka – bilans musi wyjść na zero. Jak wreszcie znaleźliśmy okonie, brania są w każdym rzucie i łowienie zrobiło się zabawne, to dla równowagi pogoda się do reszty spieprzyła. Zaczęło padać, po chwili już nawet lać i trzeba było pomyśleć o odwrocie. Walczymy jeszcze chwilę, żal schodzić z łowiska, gdy się można do woli nałowić, ale w końcu odpuszczamy. Bilans ilościowy jest całkiem niezły. Przerzuciłem dobrze ponad trzydzieści okoni, nawet kilka takich w okolicy wymiaru. Heniu ciut mniej, ale wstydu nie było.

Zmiana stanowiska pomogła. Też zaczynam łowić

Kij wygięty, Henio i hamulec piszczą. To miał być okoń dnia, ale zwyczajnie zwiał 🙂

Wypad, mimo początkowych niepowodzeń, ze wszech miar udany. Połowiliśmy co nieco i wyjaśniła się sprawa z kamerką. Henio chyba pojął, że nie jest to sprawa prosta i trzeba nad tym jeszcze sporo popracować, by móc zabłysnąć na Youtube. Przede wszystkim trzeba cały czas filmować. Mamy trzy baterie, ogromnego power banka i zapasową kartę pamięci, więc nie ma sprawy. Kamerkę trzeba doczepić do daszka czapki, takiej bejsbolówki. Już wcześniej to Henio trenował i wychodziło fajnie. Te cudaczne szelki się nie sprawdziły. Mamy godzinę filmu o chmurach i wierzchołkach drzew. Wprawy potrzeba, by utrzymać w kadrze sensowny plan. Z kamerką na daszku zdecydowanie lepiej to Heniowi wychodzi. Pozostaje jeszcze nie mniej ważna sprawa do przetrenowania. Przygotowanie materiału to jeszcze Pikuś. Prawdziwe schody zaczną się dopiero przy jego montażu. Znając Henia (on tu robi za Tarantino czy innego Felliniego) czarno to widzę. Ale i tu się zrobi porządek 🙂