Od początku sezonu trollingowego Henio pluł mi w twarz swoimi sukcesami. Najpierw w sobotę pierwszego, gdy my z Pimpkiem wymiękliśmy z gorąca, Henio został i wywalił suma metr siedemdziesiąt. Potem codziennie legitymował się jakimś. A ja nic, jedna spinka i kilka uderzeń bez zacięcia. Prowadził już cztery do zera. Humoru nie poprawiła mi przewaga w łowionych przy okazji sumowego trollingu sandaczach. Zwłaszcza, że trafiały się tylko niewymiarki. Mówiąc krótko, musiałem szybko coś zrobić, by potwierdzić swoje znane powszechnie arcymistrzostwo międzygalaktyczne. I żeby Henio się mi do reszty nie rozbestwił.

Sum Henia na otwarcie sezonu. Dobre metr siedemdziesiąt. Plus Damianek, młodszy aspirant wędkarski.

Pierwsza okazja nadarzyła się w ostatnią niedzielę. Henio odpuścił, więc mogłem nadrobić straty. I faktycznie, dwa sumki haniebnych rozmiarów (każdy po niecałe 80 centymetrów), ale do klasyfikacji sztuka się liczy 🙂 Cieszyłem się niecałą dobę. W poniedziałek było już sześć do dwóch – Henio wyjął takiego z metr dwadzieścia i jednego kurdupla, a ja znowu tylko ze spinką po kilkuminutowym holu.

Studwudziestka Henia, którą dobił mnie w ostatni poniedziałek

Wtorek jednak należał do mnie. Na wodzie zameldowaliśmy się zaraz po szesnastej. Od razu płyniemy na odcinek cypel – most kolejowy na Osobowicach, bo ostatnio tylko tam mieliśmy brania. Początek wypada nieźle. W trzecim nawrocie łowię sumka, niewymiarka, ale jest nadzieja, że są i biorą. Może były i brać chciały, ale po chwili pojawiła się konkurencja. Dwóch sąsiadów z przystani też postanowiło potrollować i zrobiło się tłoczno. Do tego wioślarze i ich Pan Trener z megafonem, czterech zasrańców na skuterach wodnych, jakieś motorówki. Wystarczyło. Nie wytrzymaliśmy i popłynęliśmy zobaczyć, co słychać na Różance. Niestety, tam totalne bezrybie, więc wracamy.

Wyglądało, że zrobiło się pusto i będziemy mogli w spokoju potrollować. Niestety, jak dopływaliśmy do mostu, wyłoniła się zza niego cała kawalkada wioślarzy, a za nimi nasz znajomek na swoim ściągniętym z Holandii Tytaniku. Chcąc ich przeczekać, popłynąłem wzdłuż prawego brzegu kawał za most. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Jak to przypadek może być ojcem sukcesu 🙂 Dopłynęliśmy do główki i obrót w stronę środka. Na tym odcinku nigdy nic poważnego nie złowiliśmy. Jednak padły trzy niewielkie sumki, wszystkie praktycznie w jednym miejscu. Może to przypadek, że właśnie tam, bo dno jest równe jak stół, stałe pięć metrów. Ale postanawiam sprawdzić. I słusznie, bo jak tylko woblery najechały na miejscówkę mam uderzenie. Sum wyglądał na sporego, ale nie spodziewałem się jakichś specjalnych kłopotów.

Nie wyglądało, że będą jakieś kłopoty, ale po chwili sum dostał szwungu  i musiałem go gonić na silniku. To skomplikowane deko zajęcie – jedną ręką trzymać trzeba wędkę, drugą zwijać plecionkę, a trzecią sterować silnikiem 🙂

Faktycznie, na początku wszystko wyglądało normalnie. Podciągnąłem sumka do łodzi, Henio włączył kamerkę. Sum pochodził chwilę przy dnie, puścił trochę bąbli i już był pod powierzchnią. Tu ze trzy wiry, pokazał kawałek ogona. Już myśleliśmy, że za kilka minut będzie po sprawie. Ale w tym momencie wylazło ze zwierzaka całe chamstwo, o wyjątkowej perfidii nie wspominając. Zamiast grzecznie się wyłożyć, zaczął w szybkim tempie odjeżdżać na hamulcu. Musiałem go gonić na silniku, bo takie hamowanie suma w poziomie niewiele daje. Lepiej go męczyć w pionie.

Po dogonieniu sum pokazał się na powierzchni i już myśleliśmy, że zaraz będzie po zawodach. Już drugi raz witaliśmy się z gąską. Zupełnie niesłusznie 🙂

Dopadliśmy go prawie przy samym murku. Pokazał się na powierzchni i już drugi raz zaczęliśmy się witać z gąską. A tu znowu niespodzianka. Sum był nie do zamęczenia. Podciągałem go do łodzi, Henio smalił go packą w łeb, a ten cały czas odjeżdżał na hamulcu i murował. Dziesięć razy najmarniej.

Sum był nie do zamęczenia. Henio dwoił się i troił, napierdzielał suma packą po łbie, a ten ciągle odchodził

W końcu jednak trochę osłabł, po pacnięciu już nie odchodził, tylko nurkował do dna. I zaczął pokazywać kolejną sztuczkę. Zachowywał się jak wór ziemniaków. Zazwyczaj jakoś tak sum wykłada się na powierzchni i tam trochę walczy. A ta cholera pokazywała tylko pysk – jak go ciągnąłem w górę, to ustawiał się w pionie i taką kłodę musiałem podnosić do powierzchni. Narobiłem się przy tym, jak na przodku w kopalni 🙂

Sum przy podnoszeniu zachowywał się jak worek ziemniaków. Strasznie się narobiłem, jak na jakimś przodku w kopalni 🙂

Zwierzak był dobrze zapięty, więc zmęczenie go było tylko kwestią czasu i zachowania spokoju, czyli nie zrobienia czegoś głupiego. Po prawie godzinnym holu sum był nasz. Henio przeprowadził kontrolę sztywności. Wypadła pomyślnie, więc przystąpiliśmy do podebrania. Henio złapał zwierzaka za szczenę, wciągnął ile mógł, a potem już wspólnymi siłami jakoś wtarabaniliśmy go do środka.

Podebranie suma. Henio sprawił się nad wyraz dzielnie 🙂

Liczyłem na coś bliższego dwóm metrom, ale przy pomiarze okazało się, że ma jedynie niewiele ponad 170 centymetrów. Za to był wyjątkowo masywny i stąd może ta jego waleczność. W zeszłym roku złowiliśmy podobnego, tylko mniejszego. Trochę ponad 120 centów. Mało sobie barku nie skręciłem wciągając go do łódki. Duży nie był, więc zrobiłem to niechlujnie, a tu waga zwierzaka okazała się dużo większa niż oczekiwana i aż mi w stawach chrupnęło 🙂

Pimpek pilnuje dokładności pomiaru długości suma 🙂

Szkoda, że wagę nam wcięło, bo z chęcią bym sprawdził, czy ta masywność to tylko złudzenie, czy faktycznie waga mojej stosiedemdziesiątki przekraczała znacznie normę. W każdym razie lekki nie był, co okazało się przy wypuszczaniu zwierzaka. Miałem kłopoty z  przeciągnięciem go za burtę i zrobiłem to chyba dopiero w trzecim podejściu 🙂 Ale udało się, niech drań pływa i rośnie do tych dwóch metrów 🙂

Sum 170 centymetrów i szczęśliwy łowca. No i nasz samobieżny kwok Pimpek 🙂

No nie było łatwo przerzucić zwierzaka przez burtę 🙂

Niech sobie pływa i rośnie. Co najmniej do tych magicznych dwóch metrów 🙂

Tak dla porządku dodam jeszcze, że sumek wziął na woblerka mojej konstrukcji, w kolorze ekologicznym – jakiś taki szaroniebieski 🙂 Dziewięć centymetrów, wysmukły, zaczep w sterze. Akcja – średnio szerokie, agresywne X. Przy wolnym prowadzeniu wypuszczony na 20 metrów schodzi na jakieś 4,5 metra. Do tego kij Dragona X-Force do 140g i plecionka dwudziestka na moim niezawodnym, pięćdziesięcioletnim Cardinalu 66.  Czyli tak średnio pancernie 🙂

PS.

Wkrótce film z całego zajścia. Trzeba trochę poprzycinać prawie godzinny materiał. Na razie tylko stopklatki w charakterze zdjęć 🙂

 

15.06.2019

Jest już obiecany filmik – Henio się wziął i sprężył 🙂 Z prawie godzinnego materiału wywaliliśmy cały, nic nie wnoszący do sprawy początek i wszystkie dłużyzny z wygiętym kijem. Zostały sceny z sumem przy powierzchni, podebranie, pomiar i wywalenie gadziny z powrotem do wody 🙂 Henio nieco przesadził z okładaniem i dziobaniem suma packą, ale napomniany obiecał poprawę 🙂