Miałem napisać o łowieniu okoni na boczny trok i zawodach jakie zawsze urządzamy na łódce. Henio łowi na drop shota, ja na bocznego. Wygrywa zazwyczaj lepszy, czyli ja. Za to Heniowi zdarzyło się już raz zremisować z Pimpkiem, który nigdy nic nie złowił. Niestety, okonie nie chcą współpracować. W ostatni piątek po raz kolejny sprawdzaliśmy, czy aby nie pływają już stadem po zimowisku barek na wrocławskich Osobowicach. Nie pływają a co gorsza nigdzie ich nie widać. Po paru godzinach pływania i zaglądania w różne miejsca dopiero na zatoczce przy przystani trochę nadłubaliśmy. Ale to nie to samo, co kilkogodzina okoniowa rozpusta na jaką liczyliśmy na zimowisku. Skoro okonie na boczny trok nie wypaliły, trzeba wymyślić inną zabawę.

Trollowanie od razu odpada. Od pierwszego listopada obowiązuje zakaz i najbliższe sukcesy w łowieniu na dorożkę spodziewane są dopiero w czerwcu. W środę kończyliśmy sezon trollingowy. Przeforsowałem pomysł, by olać okonki, sandaczyki i widelcowate szczupaczki i po męsku wytoczyć najcięższą artylerię na suma. Liczyłem na łut szczęścia, wszak podobno sprzyja lepszym, ale się przeliczyłem. Nawet pozoru brania. W końcu zlitowałem się nad Heniem który ciągle biadolił, że pierwszy raz w tym roku spłyniemy o kiju i przejechałem bliżej brzegu, tak by mógł sobie złapać wzgardzonego wcześniej szczupaczka. Złapał wymiarka, ja z resztą też, poprawił średnim okonkiem ale to tak na podniesienie morale. Sumy dalej nie brały i resztę dnia spędziliśmy na podziwianiu „okoliczności przyrody”.

Szczupaczek – wymiarek spod brzegu. Henio złowił identycznego

Zastanawiałem się, co tu robić w pięknie zapowiadający się weekend, w końcu zdecydowałem się na ciężkie łowienie z opadu. Do tego zabieram kijek i przynęty na bolenie. W piątek dość intensywnie żerowały przy powierzchni, więc może warto mieć też plan B i być przygotowanym. Henio coś majaczył o dopracowywani drop shota i łowieni na niego kleni ale obiecał też wziąć gumy i cięższy kij. Planowaliśmy ruszyć jak najwcześniej w sobotę, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Nadciągający z północnego wschodu deszczowy front chyba nie oglądał prognoz pogody, bo nie cofnął się jak nakazywali telewizyjni synoptycy a dolazł aż do Wrocławia. W nocy padało, w dzień siąpiło, więc odpuściliśmy przekładając sprawę na niedzielę.

Henio jeszcze poprawił okoniem. Okoń niespecjalny, ale na fotce Henio tak dobrze wyszedł, że nie mogłem sobie odmówić przyjemności opublikowania tego zdjęcia 🙂

Dziś, mimo niespecjalnego poranka, zbieramy się sprawnie i zaraz po dziesiątej jesteśmy na wodzie. Płyniemy centralnie pod elektrociepłownię. Na początek planujemy sprawdzić, co z sandaczem. Stajemy między pierwszymi a drugimi larsenami (licząc od mostu). Tak by wygodnie obłowić wyjście z ciągnącego się od początku terenu elektrociepłowni dołu, zakończonego lekkim garbkiem. Walczę z opadu – predator na główkach 15 i 20 gram. Nawet coś się dzieje, spina mi się sandaczyk, raczej mniej jak mały, mam jeszcze jedno stuknięcie, Henio wyciąga szczupaczka.

Tu też Henio wyjątkowo fotogeniczny. Tym razem ze szczupakiem z garbka przy elektrociepłowni.

W tym czasie na łowisku pojawia się nasz sąsiad z przystani, ksywka Łysy. Cumuje ponton do ostatniego larsena i zaczyna smalić gumami. Widać, że też zawziął się na sandacze. Łowi tak na krzyżówkę „na wleczonego” i „na leniwego”. Z resztą pal licho jak łowi, ważne że skutecznie. Z pięć rzutów zrobił i kątem oka widzę, że kij ma wygięty w pałąk i mota się przy cumie. Od razu widać, że sum. Dla sandacza by nie odwiązywał pontonu. Zawiść nas już zżera, choć jeszcze nie wiadomo, jak dużego zwierzaka trafił Łysy. Ma delikatny kij i pewnie dla średniaka też by nie ryzykował i odcumował. Jeszcze łudzimy się, że to może coś większego za szelki, będzie można wyszydzić taki wątpliwy sukces.

Wzorowy hol suma. Zero paniki, nic na siłę.

Niestety nie, przebieg holu wskazuje na suma. I to dużego. Łysy wozi się z nim czterdzieści minut. Tu muszę go pochwalić (choć czegoś takiego robić nie lubię, siebie owszem 🙂 ). Pełen spokój, żadnej paniki, nic na siłę. Do tego umiejętnie manewruje silnikiem. W ogóle zdołał ten silnik odpalić mając już rybę na kiju! Wreszcie finał, prawie pod mostem. Łysy mota się jeszcze chwilę z podebraniem, w końcu wciągnąć takie na oko 50 kilogramów do pontonu nie jest łatwo. Ale daje radę i metr dziewięćdziesiąt sum ląduje na pokładzie. Podpływamy, robimy fotki, składamy jakieś zupełnie nieszczere gratulacje. Łysy stwierdza, że już się na dziś nałowił i chyba będzie już spływał. Cwaniaczek taki 🙂

Sum 190 cm z wrocławskiej Odry. Przyjemniaczek z profilu. No robi wrażenie…

Sum en face. Mordziasty…

Sum na stojąco. Łysy piszczał, że już go utrzymać nie może a ja nie mogłem trafić obiektywem. Ale daliśmy radę 🙂

Co tu dużo gadać. Łysy popsuł nam całą niedzielę. Nawet jak byśmy nic nie złapali, to zawsze można było powiedzieć, że gówno brało. A tak żadnej wymówki. W dodatku wyjął tego suma na kijek do 28 gram i plecionkę dwunastkę. Przy tych rozmiarach zwierzaka to wyczyn nie lada. Trochę obraz całości psuje fakt, że sum poszedł do zeżarcia. Łysy jest całkiem sympatyczny ale jakoś nie może się przestawić na myślenie adekwatne do XXI wieku, środka Europy itd. Mówiąc krótko, ryby morduje. Co gorsza, to nie jakiś tam wędkarski frajer co łowi dwie sztuki do roku. Jemu łapanie idzie nad wyraz sprytnie i jest w stanie przy takiej postawie ogołocić z drapieżników nasz kawałek Odry. No k… zwyczajnie szkoda.

Po odpłynięciu Łysego połowiliśmy jeszcze trochę, ale bez przekonania. Jedyny sukces to wypracowanie oficjalnego stanowiska naszego teamu wobec sukcesu kolegi. Jest ono następujące: Prawdziwy fachowiec jak wyprawia się na sandacze, to sandacze łowi i żadne tam przyłowy go nie interesują. Potwierdzeniem jest poniższa fotka 🙂 Miał być sandacz, jest sandacz 🙂

Jak fachowiec zaplanuje łowienie sandaczy, to je łowi! Oczywiście sama wielkość poławianych egzemplarzy dla całego mistrzostwa ma drugorzędne znaczenie 🙂 Ważne, że się wykonało co było zaplanowane 🙂

A pogoda ma się utrzymać jeszcze kilka dni, więc może będzie okazja do rewanżu 🙂