Jeszcze kilkanaście lat temu najsensowniejszą rybą do łowienia we Wrocławskiej Odrze był sandacz. Szło się jak do sklepu. Trzech przed mostem kolejowym na Osobowicach, z pięciu za, wszyscy po komplecie, przychodzili następni i to samo. Kto potrafił białym twisterem albo seledynkiem w rzekę trafić, wyciągał sandacza. Niestety, te czasy minęły i chyba nie ma nadziei, że wrócą. Czy to presja wędkarska, czy oczyszczenie się Odry zadecydowały, nie wiem, pewnie musiałby to jaki ichtiolog zbadać, ale sandacz występuje obecnie w ilościach wręcz śladowych. Głównymi drapieżnikami stały się sumy i bolenie.

Właśnie z myślą o łowieniu suma sprawiliśmy sobie z Heniem łódkę. Łowienie wąsatego z brzegu dla facetów w naszym wieku, w dodatku z natury leniwych, wymagało zbyt wiele wysiłku. A trolling to zupełnie inna sprawa, człowiek nie narobi się a efekty, jak tu i ówdzie podpatrzyłem, znakomite. Nawet Pimpka mogłem ze sobą zabierać. Pchlarz już ledwo łazi ale wozić d… w łódce może jak najbardziej.

Pimpek na łódce. Drze mordę strasznie, wstyd jak cholera. By uniknąć drwin mówimy wszystkim, że to Samobieżny Ekologiczny Kwok Automatyczny, nasza tajna broń na sumy.

Zwodowaliśmy się w zeszłym roku pod koniec sierpnia, więc czasu na zbieranie doświadczeń i ewentualne sukcesy było niewiele. Zwłaszcza, że wrzesień to dla mnie obowiązkowo Parsęta i koniec sezonu trociowego. Mówiąc krótko, na odcinku sukcesów zupełna lipa, ale rozczailiśmy mniej więcej, co i jak. Przede wszystkim chodziło o przynęty, dostosowanie ich do łowiska i sumowych upodobań. Zimą nastrugałem całą górę woblerów mogących uchodzić za sumowe i od czerwca miałem już dokładnie testować, co wąsacze lubią. W sumie do woblerów to robiłem kilka podejść, w miarę zdobywanych doświadczeń, napiszę o tym przy okazji. I żadnych trollingowych uchwytów, łowienie tylko z ręki, trzeba mieć stały wgląd w pracę przynęty.

Końcówka maja upływała nam na łowieniu boleni, czasami okonków. I oczywiście na gorączkowym wyczekiwaniu na wybicie godziny W, a właściwie S (jak sum) – skrócono okres ochronny i wąsatego można już było zacząć łowić od pierwszego czerwca. Zwarci i gotowi oczekiwaliśmy na te dziesiątki metrów i kilogramów wyciąganych z wody. Niestety, rozkracza nam się silnik. W serwisie zapada wyrok, tak z miesiąc naprawy. Nie poddajemy się jednak, na niemieckim eBayu kupujemy używaną Hondę piątkę i wracamy do gry. Niestety, w międzyczasie już zaczął się czerwiec i tracimy prawie tydzień. Ale w końcu ruszamy!

Jedyny znaczący sukces pierwszych dwóch dni trollowania – metrowy szczupak Henia

Od razu okazuje się, że Henio praktycznie nie ma na co łowić. Kupił sobie dwa woblery, miały być absolutne kilery ale nic na nie nie bierze, a jego własna produkcja z której był tak dumny i słowa nie dał sobie powiedzieć, w ogóle nie nadawała się do użytku. U mnie lepiej, ale szału nie ma. Wyciągam jednego w granicach wymiaru, dwa, chyba nieco większe się spinają. Jedyny znaczący sukces pierwszych dwóch dni to heniowy przyłów. Na woblerka skusiła się sama przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich przy Elektrociepłowni Wrocław. A mówiąc jaśniej, Henio łowi metrowego szczupaka. Jak na Odrę to rzadkość i wyczyn nie lada. Morale w ekipie nie spada i zamierzamy walczyć. Z nadzieją na sukces. Niestety, muszę awaryjnie jechać do Białogardu – trzeba zająć się domem – i sumowy czerwiec się dla mnie kończy.

Okonek z czerwcowych połowów Henia. Spory, dla porównania wobler ma, nie licząc steru,siedem centymetrów

Do Wrocławia wracam w lipcu, tak koło dziesiątego. Podczas mojej nieobecności Henio gromił głównie szczupaki i okonie (coś tam o tym naskrobał w swoim czerwcowym wpisie)  Wyczaił, że biorą wzdłuż brzegów całkiem niezłe sztuki i tylko za nimi się uganiał. Przez telefon nie mogłem go do sumów zagonić. Trollował za nimi sporadycznie, wyjął metrówkę i jednego czy dwa niewymiarki. W bezpośrednim starciu szans nie miał – wracamy do sumów. Stosujemy taką taktykę mieszaną. By się coś ciągle działo, co jakiś czas przechodzimy na mniejsze woblerki, robimy rajd wzdłuż brzegu czy przez szumy przy elektrociepłowni i poprawiamy sobie humor przyzwoitym szczupaczkiem czy okazowym okoniem. Trafiają się też klenie i bolki. Podbudowawszy morale wracamy do roboty. Dzień długi, można się bawić. Efekty przychodzą, padają pierwsze wąsacze.

Sum spod cypla. Pierwsza ponad metrówka Henia (113 cm)

Najlepszy dzień stosowania tej taktyki zaczął się niewinnie. Pod elektrociepłownią w sumie bryndza, gość na pontonie wyjął metrówkę, my nic. Przechodzimy na drobniejszy asortyment, padają jakieś klenie i okonek czterdziestak. Wynosimy się na Osobowice, w okolice mostu kolejowego. Po drodze pada kilka szczupaczków, śledzie, ledwie wymiarki, i trochę okoni. Nic specjalnego. Przy cyplu przezbrojenie na poważniejsze woblery i do roboty. Jeździmy środkiem, cypel – most, obrót za filarem i z powrotem. Po drugim nawrocie Henio wywala szczupaka, ładny zwierzak, prawie dziewięćdziesiątka. Odpowiadam tylko jakimś widelcem, więc Henio nadyma się strasznie, trzy czwarte łódki zajmuje, i zaczyna jakieś aluzje co do mojej wędkarskiej indolencji robić. Puszy się strasznie, ale do czasu.

To ten szczupaczek, prawie dziewięćdziesiąt centymetrów, tak napompował ego Henia

Po kolejnym nawrocie mam branie, po uderzeniu od razu widać że to sum. I to spory. I faktycznie, zwierzak ma ponad półtora metra. Motamy się z nim z kwadrans, w końcu puszcza bąble, dostaje ze dwa razy klapsa w łeb, by popływał jeszcze trochę, w końcu przestaje reagować i ląduje w łódce. Szybko na brzeg, zdjęcia, wąsacz do wody i dalej do roboty. W zasadzie to zdążyliśmy przepłynąć ze dwieście metrów i mam kolejne uderzenie. Tu hol trwa dłużej, ale i tym razem dajemy radę. Ponad metr siedemdziesiąt suma melduje się na pokładzie. Też go wieziemy na brzeg, by obfotografować. W zamieszaniu, ta adrenalina itd. nie zauważyłem, że Henio nie radzi sobie z moją komórką – musieliśmy nią robić zdjęcia, bo Henio nie wziął aparatu. Fotki wyszły słabe. Trochę szkoda, ale będą następne.

Pierwszy sum z dubletu. Trochę ponad półtora metra

Drugi „dubletowiec”. Większy, metr siedemdziesiąt z groszami

Mordo ty moja…

Trollujemy praktycznie codziennie, prawie do końca sierpnia. Efekty miewamy różne, szczególnie jeżeli chodzi o jakość. Do ilości nie mam pretensji, praktycznie za każdym razem padają co najmniej dwie, trzy sztuki. Tyle, że raczej takie maluchy.

Łowimy systematycznie, ale raczej nie okazy. To jak raz sum większy (z tych mniejszych)…

Ten to taki sum mniejszy…

Po dwudziestym wyjeżdżam z Wrocka – znowu mam w domu robotę, a i czas na troć i Parsętę najwyższy. Tekst piszę już w Białogardzie, wrócę pewnie na początku października. Może się jeszcze jakiś przyzwoity wąsaty trafi 🙂

 

 

Na temat dodawania komentarzy…