Rozpoczynając swoją przygodę ze spinningiem wielu z nas staje przed dylematem, jaki kij na początek wybrać. Wybór jest trudny, bo i dostępnych modeli jest bez liku, a i odmian wędkarstwa spinningowego też mało nie jest. Nie do każdej metody każdy kij się nada. Stąd moja rada, by nie ograniczać się do jednego modelu, a zakupić dwa, trzy kije. Chyba, że ktoś zdecyduje się od razu zostać wyjątkowo ”wyspecjalizowanym specjalistą”. Ale coś takiego odradzam. Lepiej na początek „przerobić” szersze spektrum metod i gatunków, a z czasem same z siebie przyjdą jakieś preferencje. Mówiąc po ludzku, lepiej na początek sprawdzić, jak i co łowić lubimy, i ewentualnie w tym się dopiero specjalizujmy. Wszak wędkarstwo i łowienie ryb ma być zabawą i przyjemnością, a nie karą za jakieś wcześniej popełnione grzechy.

Poniżej kilka rad i uwag na temat wyboru kija spinningowego w zależności od warunków, w jakich najczęściej przyjdzie nam łowić. Nie podaję konkretnych marek i modeli, jedynie sugestie co do ich charakterystyki. Sam łowię głównie na Dragony, mam też Daivę na troć, jakieś Kongery i już nie pamiętam jakiego producenta kijek na pstrągi. Marek i modeli, jak wspomniałem wyżej, jest masa i każdy coś dla siebie odpowiedniego znajdzie. Jedyna rada co do marek jest taka, żeby wybierać raczej te polskie. Polska spinningiem stoi, a inne nacje nieszczególne pojęcie o wędkarstwie spinningowym mają. No może poza Amerykanami, ale oni dziwacznie dość, z naszego punktu widzenia, łowią. Nasi dystrybutorzy (producenci to żółci są najczęściej) sprzedają sensowne kije pasujące do naszych metod. I co ważne, relacja ceny do jakości i wartości użytkowej jest zazwyczaj na przyzwoitym poziomie.

Kije (wędki) spinningowe do łowienia z brzegu

Jeżeli zamierzamy łowić z brzegu, to powinniśmy uzbroić się w dłuższe kije. Wydaje mi się, że 2,7m (9′) jest tu w sam raz. Kijek dwa czterdzieści jest ciut krótkawy, trzymetrowym już tak wygodnie się nie operuje. Teraz ciężar wyrzutu. Takim ogólnorozwojowym kijkiem będzie coś opisane jako cw 3-17g (mniej więcej). Można z nim połazić nad rzeką z całym arsenałem małych i średnich przynęt. Smalnie się nim i małym woblerkiem, i gumką z główką 14g. Jazie, klenie, okonie muszą się go na pewno bać. Nadaje się też na bolenie, sandacze czy szczupaki, ale tylko gdy stosujemy przynęty lżejsze i stawiające mniejszy opór w wodzie. To ostatnie też się liczy, bo sama przynęta potrafi kij wygiąć tak, że nie ma już w nim zapasu mocy i nie ma czym zaciąć.

Do przynęt większych potrzebny nam jest już kij do ok. 30g. Obsłuży duże gumy na ciężkich główkach, duże woblery i obrotówki. Jak kto używa, to i trójkę Gnoma albo Algę, czy inne duże wahadła. Taki kijek warto mieć, gdy zamierzamy łowić sandacze z opadu (zazwyczaj główki 14-28g). Na poważne bolenie też jest w sam raz. Gdy interesuje nas przede wszystkim wędka na szczupaki, to kij może być bardziej miękki, niż przeznaczony na bolenie czy do sandaczy z opadu. Bliżej medium jak fast. Wędką do 30g można oczywiście łowić też na te mniejsze przynęty, ale drastycznie spada wtedy komfort łowienia. Źle się rzuca, nie czujemy pracy przynęty i nie mamy nad nią pełnej kontroli. Jako cięższy możemy też wybrać kij do 35 czy 42 gramów. Ale to już broń dość pancerna, zazwyczaj się nie przyda i tylko mniej wygodnie będzie się łapało.

Mając dwa kije jak te opisane wyżej, możemy już z powodzeniem gromić rybią populację w większości sytuacji. Do tego arsenału możemy sobie jeszcze dokupić coś do naprawdę małych przynęt. Te wszystkie paprochy i plemniki czy jaskółeczki na malutkich główkach najlepiej obsłużyć wklejanką do 10-12g. Osobiście wolę stosować bardzo delikatny kijek ze zwykłą szczytówką, ale większość z powodzeniem używa wklejanek. Ja zresztą też, bo moje medium do 10g zakończyło żywot jeszcze jesienią trzaśnięte drzwiami od samochodu i całą wiosnę gromię okonki na wklejankę.

Ciężar wyrzutu nie mówi wszystkiego o kiju do spinningu. Równie ważna jest jego akcja, tzn. jak pracuje pod obciążeniem i w czasie zarzutu. Ogólnie kij ma być szybki, ugięcie progresywne. Akcja raczej szczytowa. Zwłaszcza, gdy łowimy z opadu. Przy mniej agresywnych metodach kij może być bardziej miękki, do takiego med-fast. Byle unikać tzw. krowich ogonów. Nie da się na to łowić i nikt rozsądny tego nie robi. Oczywiście nie polecam też wędek o akcji kija od szczotki. Też tym się łowić nie da. Warto też przed zakupem sprawdzić czy się wywiedzieć, czy nasz wybrany model nie ma tendencji do wpadania w drgania poprzeczne po zarzucie. Wku… to jest deko, jak po zarzucie przez dłuższą chwilę po kiju przechodzi taka sinusoida, a szczytówka lata jak oszalała. W ogóle to najlepiej przed zakupem namierzyć kijek nad wodą i pogadać z jego właścicielem. Wymachiwanie kijem w sklepie czy jego wyginanie niewiele daje. Jeden zarzut w ”warunkach poligonowych” niesie sto razy więcej informacji.

Kij spinningowy na łódkę. Jaka wędka do spinningowania z łodzi?

Tu większość uwag co do akcji i gramatury jest podobna, jak przy wędkach do łowienia z brzegu. Dwa sztywniejsze cięższe kije, plus jakiś „ultralajt”. Można ten najcięższy sprawić sobie deko mocniejszy. Tak do 35g. Zwłaszcza, gdy łowimy sandacze z ciężkiego opadu czy też przyjdzie nam walczyć z mocniejszym nurtem. Tak, by główki i koguty ponad 1 oz nie stanowiły dla nas i naszej wędki problemu. Oczywiście te moje nieśmiałe sugestie odnoszą się do takiego „normalnego” spinningowania i nie uwzględniają jakichś ekstremalnych metod czy warunków.

Kije przeznaczone do łowienia z łódki „na wagę” nie odbiegają od tych brzegowych. Różnica jest w długości. Na łódce sprawdzają się kije krótsze, takie w granicach 2-2,3m. Koniecznie też powinny mieć krótszy dolnik. Takim kijem zdecydowanie łatwiej operuje się na łodzi. No chyba, że ktoś ma czółno klasy Tytanica i może po nim nawet biegać. W normalnej łódce zazwyczaj łowimy siedząc i długość przeszkadza. Szczególnie długi dolnik. Zastosowanie długiego kija, ale z krótkim dolnikiem, też nie jest rozwiązaniem. Powstaje niekorzystna dźwignia i ręka wysiada. Przy okazji zachęcam młodych adeptów spinningu, by przed wybraniem się na łódkę poćwiczyli na brzegu łowienie na siedząco. Większość z nich do tej pory latała po brzegu szukając cudownego miejsca i przynęty, i łowiła na stojąco. A później żal patrzeć, jak się taki delikwent na łódce mota, gdy nie może wstać 🙂

Przy wędkach do łapania z brzegu nie mamy specjalnego wyboru co do składu. Z reguły są to kije dwuczęściowe. Chyba, że ktoś wybierze wersję TRAVEL, ale to zazwyczaj specjalnego sensu nie ma. W przypadku kii spiningowych do łowienia z łodzi mamy już racjonalny wybór. Przy długości kija w granicach dwóch metrów dostępne są modele jedno i dwu częściowe o podobnych parametrach. Patrząc na problem z punktu widzenia mechaniki, lepsza jest wędka jednoczęściowa. Płynniej przenosi obciążenia i lepiej transmituje drgania. Nie ma skoku sztywności w środku blanku który bywa powodem uszkodzenia kija pod dużym obciążeniem właśnie w tym miejscu. Jednak podchodząc do problemu od strony praktycznej, to wędka dwuczęściowa bije na głowę (może bardziej by pasowało na szczytówkę 🙂 ) kije jednoczęściowe. Te dwa metry w jednym kawałku sprawia ogromne kłopoty w transporcie. Już w samochodzie ciężko się z takim kijkiem upakować. O jeździe tramwajem czy autobusem z czymś takim możemy raczej zapomnieć. Ostatecznie można zainstalować na dachu samochodu jakąś tubę. Ale radzę, by ją zamykać w samochodzie na czas postoju. Mój wynalazek zrobiony z rurki pcv, takiej szarej do wody, jakieś wszarze już przy trzeciej okazji ukradły. Nie ma kary na rodaków 🙂

Kije pstrągowe i trociowe. Jaka wędka nadaje się do łowienia pstrągów, a jaka troci?

Kije pstrągowe i te na troć wrzucam do jednego worka, choć to dwie różne bajki. Ale tak mi do układu tekstu pasuje i „łososiowate” wędki opiszę w jednym „podtemacie”. Zacznę od tych pstrągowych. Zastrzegam od razu, że moje uwagi odnoszą się do pomorskich rzek i rzeczek. Jak to się robi w górach zwyczajnie nie wiem. Po pierwsze są dwie szkoły łowienia pstrągów. Pierwsza to tradycyjna. Łowimy rzucając pod prąd, zazwyczaj obrotówką, a przynętę ściągamy z nurtem. Tu lepiej sprawdzają się krótsze kije, takie 2,1 – 2,4 metra. Mało kto już tak łowi i większość schodzi w dół rzeki, i zapuszcza woblerka czy obrotówkę (a i gumy coraz częściej się spotyka) z prądem. Albo pod drugi brzeg, a potem wachlarzykiem, albo wypuszcza woblerka wzdłuż brzegu a potem ściąga. Tu poręczniejsze są kije dłuższe, takie w okolicach 2,7m. Łatwiej taki wystawić za wszechobecnych na moich rzeczkach krzajów. Możemy też zająć stanowisko ciut dalej od brzegu. To w niewielkich rzeczkach rzecz istotna, maleje szansa, że pstrąga spłoszymy. Ogólnie jednak dobierając długość pstrągowego kija pamiętajmy o warunkach panujących na naszej pstrągowej rzeczce. Co z tego, że wygodniej wypuszcza się woblerka z długiego kija, kiedy przy holu nie możemy go podnieść, bo nad głową mamy niski sufit z gałęzi.

Pstrągi raczej łowimy na niewielkie przynęty i wydawało by się, że kijek do 12g czy coś koło tego w zupełności wystarczy. I tu możemy się przeliczyć. Co prawda do obsługi przynęty jako takiej delikatny kijek wystarczy, ale z rybą może już sobie nie poradzić. Musimy pamiętać, że nie mamy do dyspozycji ogromnego równego boiska, jak nad Odrą na przykład. Tu walczymy na małej, krętej rzeczce i wystarczy, że ryba odejdzie za zakręt, a bywa, że jest do niego tylko kilka metrów, i już po niej. Nie pójdziemy też za nią wzdłuż brzegu, bo drzewa i krzaje. I z powodu zbyt słabego sprzętu co prawda będziemy mieli co opowiadać, ale na pewno nie będzie czego sfotografować 🙂 Musimy mieć zapas mocy, żeby rybę przytrzymać. Szczególnie jest to ważne wczesną wiosną, gdy możemy trafić na schodzące do większej rzeki prawdziwe kabany. A i trotka zdarza się nierzadko. To samo zdarza się pod koniec lata, gdy większe sztuki pstrągów, siedzące do tej pory w Parsęcie, idą na tarło. No i trotki w pełnej formie. Czy da się pogodzić komfort łowienia na niewielkie przynęty z „pancernością” wędki? Ja to robię w ten sposób, że używam parabolicznego kija do 35g. Mocy nie podam, bo nalepka lata temu zlazła. Przy zarzucie parogramowej przynęty zachowuje się jak lekki, dość sztywny kijek. Za to w trakcie holu daje zapas mocy. W dodatku ryba na miękkim kiju nie ma tendencji do odchodzenia na hamulcu, raczej pompuje chodząc w kółko. A to woda na nasz młyn 🙂 Maleje ryzyko, że odejdzie gdzieś w pobliskie zaczepy. Stąd moja rada. Planując zakup wędki na pstrągi, kupcie kij mocniejszy, ale dość miękki. Uniwersalne będzie jakieś medium do 21g, ok. 2,4m.

Wędka na troć ma z tą pstrągową wspólne to, że też (przynajmniej moim zdaniem) nie powinna być sztywna. Sam wiele lat używałem królującej nad Parsętą pały o akcji zbliżonej do kija od szczotki. Z dziesięć lat temu, nad Parsętą w Daszewie, koło Odciętego Dąbka spotkałem znajomego chłopaczka. Miejscowego, z Daszewa. Zamiast łowić lazł gdzieś z piwem, bez wędki. Pytam, czemu nie łapie. On na to, że p… takie ryby. Wczoraj miał na kiju takiego potwora, że nic zrobić nie mógł. Próba zatrzymania – żyłki, pamiętałem, używał grubości palca – skończyła się połamaniem wędki i stratą ryby. Wyszydziłem go, że jego wędki to z psiego g. są zrobione i jak chce startować w poważnej lidze, to powinien coś przyzwoitszego sobie sprawić. Pogadaliśmy chwilę i wziąłem się do roboty. Stanąłem przed krzakiem (stanowisko powyżej pniaka zwanego Odciętym Dąbkiem) i w trzecim chyba rzucie uderzenie. A potem jak u tego młodego z wiochy. Kij (chyba miałem wtedy trociowego Team Dragona) wygięty w pałąk, moja cczwórka dokręcona na maksa wyje jak jaki wampir czy inny tasmański diaboł. Odjazd ze dwadzieścia metrów, ryba wbija się pod zanurzone w wodzie gałęzie krzaków wierzb i jest po wyścigach. Dwa dni później, prawie w tym samym miejscu, zaraz poniżej Dąbka mam to samo. Tyle, że tym razem ryba trzyma się przeciwległego brzegu i chowa się za zakrętem. Dalej jak poprzednio.

Na Odrze to bym się z takich ryb wyśmiał, ale na Parsęcie zabrakło boiska. Coś z tym trzeba było zrobić. Na łowienie na dorszowe wędki, jak to co niektórzy spotykani nad Parsętą wędkarze lubią czynić, ochoty specjalnej nie miałem. Przemyślałem sprawę i kupiłem sobie Daivę. Mocną, ale parabolika. Miałem na nią kilka poważniejszych ryb, może nie takie potwory jak te spod Dąbka (największe zawsze są te niezłapane 🙂 ), ale i tak było na czym sprawdzić mój intuicyjno-rozumowy wybór. Wszystkie zachowywały się spokojnie, żadnych poważniejszych odjazdów. Głównie „pompki w kółko”. I o to chodziło 🙂 Wybór bardziej miękkiej wędki nie jest, jak zaobserwowałem nad rzeką, tylko moim wynalazkiem. Coraz częściej spotykam nad Parsętą wędkarzy, przede wszystkim to ci młodsi, łowiących już delikatniej. Stara gwardia raczej nadal trzyma się pał 80-120g, ale wyraźnie idzie już nowe 🙂 Co do długości kija, to polecam coś w granicach trzech metrów. Krótszym ciężko w niektórych miejscach do wody sięgnąć. Ale i 2,7m daje radę. A już na pewno w takich miejscach jak lewy brzeg Parsęty poniżej Białogardu. Ale zimą. Latem to nie dość, że kiepska miejscówka, to jeszcze szuwary i inne trzciny się rozrastają. Ale jazie tam za to latem można połowić 🙂

Wędka do castingu. Jaki kij do łowienia na jerki? Wędki do trollingu

W ogóle to muszę się przyznać, że ten post o wędkach spinningowych to piszę tak do kompletu. Nie, żeby rozpierał mnie jakiś tam nadmiar wiedzy na ten temat. Od lat robię woblery i o tym w poradniku miałem zamiar głównie pisać. I Henio też miał coś naskrobać. Ale, żeby w dziale pustawo nie było, to napisałem tekst o kołowrotkach. Skoro jest o kołowrotkach, jest o przynętach, to trzeba coś o wędkach dodać. I ten tekst to jest właśnie to „coś” 🙂 By ukryć miałkość wywodów (po naszemu to chyba będzie pieprzenie bzdetów 🙂 ) popełniam go pod pozorem poradnika dla początkujących. Z resztą mistrzowie i tak niespecjalnie podatni są na czyjeś sugestie. Nie po to są przecież mistrzami (ja np. międzygalaktycznym a Henio pomniejszym 🙂 ) by cudzych rad słuchać! Sam tekst składać się miał z dwóch części. Brzegowej i „łodziowej”. Ale jak raz dzisiaj środa, więc musiałem zajrzeć na kilka godzin do biura – mam „prikaz” zgłaszania się w środy do pracy i spędzania w niej 3-5 godzin. No ale ileż to można palić, pić kawę i dyskutować o głupotach. Zabrałem się za wędki i z rozpędu napisałem o tych na pstrągi i trocie. To idę już za ciosem i wspomnę o reszcie. Tak mniej więcej. A raczej mniej 🙂

O wędki do castingu (jakby kto nie wiedział, to te do multiplikatorów) musicie kogo innego zapytać. Nie znam się na nich w ogóle. Raz w życiu miałem multiplikator. Kupiony od Ruskich na bazarku jakieś trzydzieści lat temu. Splątałem przy jego pomocy z kilometr żyłki i gada wyrzuciłem. Henio może coś o castingu dopisze, bo sprawił sobie ostatnio multiplikator i jakąś wędkę do niego. Kij wygląda na przyzwoity, ale multiplikator to jakaś żółta zaraza i na pierwszy rzut oka widać, że rozleci się od samego wożenia w torbie 🙂

Wędki do jerkbaitów i w ogóle do spinningowania dużymi przynętami moją domeną też raczej nie są. Duże przynęty, jako zaprzysięgły leń, wolę za łódką ciągać. Smalenie ogromnym woblerem przy użyciu pancernego kija to harówka jak na przodku w kopalni i raczej, jako człowiek rozsądny, staram się jej unikać. Wędki do jerków to już kije specjalistyczne, opisane jako jerkowe. Dużo modeli nie jest, więc i z wyborem kłopotu nie będzie. Jak sami coś chcecie znaleźć, to coś typu 80-120g, nie za sztywny i dość krótki. Taki do 2,3m. Dłuższym to się można na śmierć zaorać, smaląc stu gramowym woblerem. Pamiętajmy też, by miały wygodny foregrip. Tu walczymy czasami z prawdzimy potworami i trzeba chwycić kij wyżej, ponad kołowrotkiem. Złapanie za goły blank może być pomysłem głupawym. Podparty blank może się w tym miejscu odkształcić na boki. Przekrój z kołowego przechodzi w eliptyczny. Spada przez to jego wytrzymałość na zginanie w miejscu podparcia i blank pęka. Nie zawsze, ale kłopotów należy przede wszystkim unikać. Po co mamy stracić przez brak zapobiegliwości (i foregripu 🙂 ) rybę życia.

Wędki do trollingu dla odmiany ostatnimi czasy interesują mnie bardzo. Myślę tu o łowieniu poważnych ryb na spore przynęty. Byle woblerka to sobie można byle czym za łódką pociągać. Na opisanie ich poświęcę osobny wpis. Ale to za jakiś czas. Zamierzam wypowiedzieć się na przyzwoicie merytorycznym poziomie i na razie zbieramy z Heniem doświadczenia. Głównie dotyczące łowienia sumów. Tu tylko podam kilka dotychczasowych spostrzeżeń. Po pierwsze, to nie wiem skąd się wzięły te kije do 500g i pleciony trzydziestki, polecane przez „znawców” na różnych forach itp. Pewnie stąd, że te sumy to oni jedynie na tych forach trollują. Albo z legendy Ebro. Tam się takich powszechnie używa. Ale tu z kolei musimy pamiętać, że nad Ebro, by złowić suma, zjeżdża się wędkarskie frajerstwo z całej Europy i miejscowi przewodnicy muszą dać im do ręki sprzęt, który nie zawiedzie. Bez względu na to, co taki delikwent głupiego w trakcie holu zrobi.

U nas też fachowców nie brakuje. Ostatnio słyszałem przypowieść o potworze holującym łódkę parę kilometrów. I nie szło go zatrzymać, bo kij do 300g okazał się za słaby.  Aż do Wałów płynęli, tam musieli przed zaporą rybę odciąć. Zamiast rzucić kotwicę dwa trzy razy i dać zdechnąć rybie na hamulcu, to sobie spływ kajakowy urządzili. Do tych Wałów to z prądem by ich i miarowy bolek pewnie dociągnął. I jeszcze zdziwieni, że mało z zapory nie spadli 🙂 Łysy dwumetrowego suma na kijku do 28g ciągnął trochę ponad pół godziny. I wyciągnął! Oczywiście był to przyłów i takiej wędki nie polecam. Ale coś w granicach 120-150g jest już wystarczające. Kij ma być jak na tę gramaturę komunikatywny. Nie chodzi o wyczucie brania, ale o to czy na przynęcie jakieś habyzie się nie powiesiły. W ogóle to polecam łowienie z ręki – myślę tu o sumach w rzece jak nasz odcinek Odry, 3-6 metrów głębokości. Musimy utrzymać przynętę nad dnem, tak, by muskała je tylko czasami w największych wypłyceniach. I do tego przydaje się właśnie taki czuły, nie za pancerny kijek. W zeszłym sezonie obserwowałem wielokrotnie prawdziwych łowców w akcji. Jakieś straszliwe wędziska w uchwytach, jak płynęli, to widać było po szczytówkach, jak woblery im dno ryją. Tak, jakby się na łowienie kretów a nie sumów nastawili 🙂 A przy nawrocie wyjmowali kilka kilo nagromadzonego na przynęcie zielska. Można i tak. Ale po co?

Czyli kupujmy wędkę do trollingu mocną, ale bez przesady. I żadnego extra fasta. Coś o akcji medium, med-fast. Na miękkiej hol dużej sztuki jest zdecydowanie łatwiejszy. I nie za długie 2-2,3 metra. Jak to na łódkę 🙂 co do składu, to możemy się zdecydować na wędkę jedno i dwuczęściwą. O wadach i zaletach każdej wersji pisałem już wyżej, więc nie będę się powtarzał. I nie zapomnijmy o porządnym foregripie. Jak przy wędkach do jerkowania i w ogóle do łowienia dużych ryb. Z resztą te wędki opisane jako jerkowe, przynajmniej te o wyższej gramaturze, doskonale się do trolowania sumów nadają. Przynajmniej do trollingu w moim wydaniu 🙂

 

Wujek Janek 🙂