Ludzie na Wielkanoc różne rzeczy robią. A to się wodą leją, a to sobie jajka pomalują. Do kościółka koszyczki ze święconką targają. Jakby wcześniejsza o tydzień wizyta z habyziem zwanym palmą nie wystarczyła. O wzmożonym spożyciu nabiału i alkoholu nie wspominając. Rozumiem, że tradycja w narodzie rzecz święta, ale raczej ponieść się jej nie daję i zamiast dbać o estetykę nabiału na Wielkanoc łowię pstrągi. Po prostu zwyczajowo na święta zjeżdżam do Białogardu i przez tydzień chodzę na pstrągi. Głównie na przepływającą koło domu Liśnicę. Plus jeden, dwa wypady na Parsętę – mam taki ulubiony pstrągowy odcinek. Ale też blisko domu.

Koniec kwietnia i początek maja to najfajniejsza pora na pstrągi. Jest już ciepło, robi się nad rzeką zielono. Ale pokrzywy i inne krzaje jeszcze nie porosły, komarów też jeszcze nie ma. Same ryby, upasione na marcowych żabach, są już w niezłej kondycji. A przynajmniej kiedyś były, bo w sumie to moje „pstrągowanie” to taka podróż sentymentalna do wspomnień z młodości. Samych pstrągów praktycznie nie ma już w mojej rzeczce. Przykre, ale prawdziwe. Złożyło się na to kilka przyczyn. I samo złodziejstwo panujące przez lata w koszalińskim PZW tu nie wystarczyło. Jak wyglądało zarybianie w ich wykonaniu wie każdy miejscowy i szkoda o tym gadać. Skończyło się odebraniem PZW Koszalin Parsęty z dorzeczem. Ale nawet intensywne zarybiania niewiele by pomogły przy tej presji wędkarskiej. Jak w niedzielę parokilometrowy odcinek okupuje ze dwudziesty wędkarzy i praktycznie każdy z nich rybę bierze, to co po takim jednym weekendzie w rzece zostanie? A wspomagają ich przecież jeszcze zwykli gliździarze i inni kłusole.

Koniec kwietnia i początek maja to w sam raz pora na pstrągi. Ciepło, robi się zielono, a pokrzywy, komary i inne meszki nie dokuczają. I ładnie jest 🙂

Do tego pstrągi niespecjalnie mają co w rzece pojeść. Dawniej przy brzegu pływało pełno kiełży i innego robactwa, kłódek (larw chruścika) było zatrzęsienie. Jak się chruścik roił, to po powierzchni płynął dosłownie kożuch owadów. Wystarczyło wyciągnąć z rzeki byle gałąź by nazbierać słoiczek kłódek. A ile minogów było! A teraz to znikło. Obserwowałem kiedyś faceta, jak szedł w woderach i zbierał kłódki. Przeszliśmy tak z pięćset metrów rzeki i gość miał z pół słoiczka. Pewnie opryski plus domowe chemikalia spuszczane po wiochach bezpośrednio do rzeki zrobiły tu swoje. Wczesną wiosną można jeszcze spotkać przyzwoitych rozmiarów pstrągi, ale jeżeli udaje się im przeżyć, to spływają do Parsęty. A tam ciężko je namierzyć.

Poważnych pstrągów to w mojej rzeczce już nie uświadczysz. Humor spinningiście poprawiają zazwyczaj jakieś maluszki…

… oraz tęczaki, uciekinierzy z hodowli w Żytelkowie. Niestety, też nie potwory 🙂

Sytuację ratują tu trochę uciekające z hodowli powyżej Białogardu tęczaki. Potwory to jakieś nie są, zazwyczaj po dwadzieścia parę centymetrów, rzadko kiedy trafi się coś w okolicach czterdziestu. Ale miło, jak co jakiś czas coś wyjdzie do blachy czy woblera. Tyle, że to już nie te „niegdysiejsze potoki”. Niby idzie ku lepszemu, nowy gospodarz wziął się za zarybiania, limit dzienny został zmniejszony, ale mam jakieś takie nieodparte wrażenie, że już swej życiówki z Liśnicy to nie poprawię. Nie oznacza to jednak, że nie będę próbował. Dla mnie łowienie pstrągów na małych pomorskich rzeczkach to kwintesencja wędkarstwa spinningowego. Wyzwania techniczne i taktyczne, do tego przepiękna sceneria krętych rzeczek i rzeczułek tworzą wręcz magiczny klimat. Jakieś bolenie czy inne sandacze to już nie to samo 🙂

Zestaw przynęt w wersji light. Ostatnio zacząłem się ograniczać i zabieram nad rzekę tylko dwa pudełeczka. Wcześniej łaziłem z czterema – tak po trzydzieści woblerków w jednym. Do tego kilkadziesiąt obrotówek. A zazwyczaj łowiłem na góra trzy przynęty. Postanowiłem to zracjonalizować i stąd tylko te dwa pudełka. I to mniejsze! 🙂

Zaczynam w czwartek. Susza straszna, w rzece wody jak na lekarstwo, więc zabieram ze sobą zestaw „light” – woblerki 3,5 – 5 cm. Dla porządku też kilka obrotówek jedynek. W ogóle to pstrągi „łowię na twardo” – stosuję tylko woblery i obrotówki. Od wielkiego dzwonu także wahadłówki, ale zazwyczaj gdzieś mi się zapodzieją i siłą rzeczy nie biorę ich nad rzekę. Gumy, koguty i takie tam wynalazki jakoś mi z pstrągami nie „konweniują”. Wyjątkiem jest marzec. Wtedy zdarza mi się założyć żabkę Mannsa.

Dołek z trzema pstrągami. Zimą spięła mi się tu niewielka trotka. Na poprowadzenie przynęty jest ze trzy metry i pstrągi jakoś dogonić jej nie mogły. Albo takie cwane były 🙂

Nadziei na jakieś wielkie sukcesy nie mam. Byle by się w ogóle coś działo. Nad rzeką miłe zaskoczenie. Z dołków do woblerka wyskakują jakieś maluchy. Dobre i to 🙂 Obławiam odcinek powyżej progu przy ośrodku zarybieniowym. Woda co prawda płynie wolno, ale jest ciut głębiej i liczę, że tam się jakieś poważniejsze kropkowańce pochowały. Nic z tych rzeczy, ale przynajmniej mam zabawę. Z jednego dołka wyskakują mi po kolei trzy pstrągi. Potokowy i dwa tęczaki (tak mi się wydawało), mniejszy i większy. Żaden się nie zapina, miejsca jest na poprowadzenie przynęty ze trzy metry, ale pstrążki prawie wyskakują na brzeg goniąc i podgryzając woblerka. Adrenalinka podskakuje i ogólnie jest nieźle 🙂

Jakieś takie blado srebrne te pstrążki. Chyba smolty? Przez dwa dni wyciągnąłem ich kilka, kilka się spięło.

Schodzę kawałek niżej i wyciągam w końcu jakąś rybę. Niestety malucha, tak ze dwadzieścia centów. W pierwszej chwili myślałem, że to mały tęczak. Ale nie. Kropki czerwone miał, wyglądał jak regularny potokowiec. Tyle, że blady i bardzo wysrebrzony. Chyba smolty troci zaczęły schodzić, bo takich „srebrniaków” wyskoczyło mi już wcześniej do woblerka kilka. Pod koniec maja czerwone kropki się im rozmywają, dzielą na dwie, trzy i łatwo poznać, kto zacz. A już myślałem, że stawidła w Żytelkowie puściły 🙂

W pierwszym dniu pstrągowania sytuację uratował w miarę przyzwoity tęczak

Głębszy odcinek zawodzi. Albo pstrągi są dla mnie za cwane, albo ich tu nie ma. W sumie jestem zadowolony. Kilka ryb widziałem, nawet coś wyjąłem. Wracając postanawiam urządzić małą dogrywkę. Poniżej progu jest jeszcze jeden dołek wart sprawdzenia. I faktycznie, warto było tam zajrzeć. Zapinam całkiem przyjemnego tęczaka. Może nie czterdziestak, ale już tuż tuż 🙂

Dzisiaj planowałem zacząć od mostku na szosie do Klępina i „zrobić” odcinek poniżej. Jest tam kilka ładnych dołków w których przy tak niskiej wodzie pstrągi mogą się chować. Do mostu w końcu nie dolazłem (na starość wola walki już nie ta co kiedyś 🙂 ), ale tak prawie. Po drodze zajrzałem do dołka z trzema pstrągami. Poniżej wyjąłem jednego srebrzystego maluch. W samym dołku w pierwszym rzucie delikatne puknięcie. Kolejne trzy rzuty nic. Zmieniam okonka (łowię na niego drugi dzień, choć woblerów targam z pięćdziesiąt) na robaczywą marchewkę. Rzut w wyjście z dołka i siedzi! Potokowiec jak byk, ładnie ubarwiony, nie ma wątpliwości, kto zacz. Niestety straszny maluch. Już miałem mu zdjęcie zrobić, bo na pierwszy rzut oka nie można było poznać, czy to on chciał zjeść woblera, czy wobler jego. Ale się zlitowałem i od razu wypuściłem. Kolejny rzut, tym razem wzdłuż kołka i już na płyciźnie woblerka dogania kolejny potokowiec. Większy, ale do wymiaru mu jeszcze brakuje. Rzucam jeszcze kilka razy, ale dzisiaj to dołek już tylko dwóch pstrągów 🙂

Większy z dwóch potokowców z jednego dołka. Wziął na woblerka 4.5 cm w kolorze robaczywej marchewki (pomarańcz fluo w czarne kropki)

Idę dalej w górę rzeki, po drodze obławiam kilka ciekawszych miejsc na odcinku biegnącym przez łąki, ale jedyny efekt to kolejny bladawy dwudziestak. Okrążam wałem lasek z zaplanowanymi do obłowienia dołkami i zaczynam schodzić w dół. Tu też dyżurują te srebrne kurduple. Dwa czy trzy wyciągam, coś się spina. W ostatnim na tym odcinku większym dołku mam wreszcie ciut poważniejszą rybę. Ta powaga wynika oczywiście z panującej w rzece bryndzy, a nie z rozmiarów ryby. Ale wymiarowy potokowiec cieszy. No nie liczyłem, że jakiś zdołał dożyć tak sędziwego wieku 🙂 To się tu prawie nie zdarza 🙂 W sumie to łowię go w akcie lekkiej rozpaczy – dołek, jak wspomniałem, był ostatni i zamiast czterech, pięciu rzutów zrobiłem ze trzydzieści. I w tym trzydziestym wziął. Może i nad pozostałymi też trzeba było wytrwalej pracować? 🙂

Wymiarek z ostatniego dołka. Wymęczony w trzydziestym chyba rzucie 🙂

Podsumowując te pierwsze dwa dni mojego „pstrągowania”, to niespecjalnie jest się czym pochwalić. Rozmiary ryb mizerne albo i gorzej. Ale uciechy miałem co niemiara. I od razu zgaszę głosy malkontentów, że kłucie takich maleństw to niezbyt etyczne jest i w ogóle wstyd o tym pisać. Ja, proszę koleżeństwa, tym pstrągom to przysługę wyświadczyłem. Z obolałymi pyskami brać będą niechętnie albo i wcale, i mają szansę przeżyć Wielkanoc i zbliżający się majowy długi weekend. Ja obligatoryjnie wszystkie ryby wypuszczam, czego o znacznej części  łowiących powiedzieć nie można. Niestety 🙁