Łódkę sprawiliśmy sobie przede wszystkim z myślą o sumach. Ponieważ możliwość zatłuczenia jakiegoś wąsatego wiosłem z góry wykluczyliśmy, trzeba było zadbać o sprzęt. Kijek miałem już upatrzony wcześniej, taki jednoczęściowy Dragonik do 140 gram, przy kołowrotku też się nie zastanawiałem, po prostu wyjąłem z szafy Cardinala66. Do tego jakaś przyzwoita dwudziestka i już tylko został jeden problem do rozwiązania. Na co te cholerne sumy łowić?!

Łowić zamierzaliśmy na trolling z ręki, więc najodpowiedniejsze wydawały się woblery. Woblery jako takie nie stanowią dla mnie problemu. Robię je od lat kilkudziesięciu i wykonanie takiego zestawiku na sumy było kwestią tygodnia. Tylko nierozstrzygniętym pozostawało pytanie, jakie te woblery powinny być. Że spore i raczej pływające, to wiadomo. Ale co dalej? W rady przeróżnych mistrzów i innych fachowców wierzę niespecjalnie, sam różne rzeczy potrafię wygadywać i napisać, w dodatku rozrzut owych rad był straszliwy, więc nie pozostało nic innego, jak rozpoznanie bojem.

Woblery sumowe, pierwsza partia – mniej więcej, to taka rekonstrukcja 🙂 Kompletny miszmasz ale zamierzam metodą prób i błędów wybrać te skuteczne i na nich się skupić w następnych partiach.

Przysiadłem na kilka dni i nastrugałem ze trzydzieści różnych takich uchodzących za sumowe. Kolekcja wyszła malownicza, trzeba było tylko sprawdzić, jakie modele okażą się skuteczne. To „tylko” okazało się być niestety przez wyjątkowo duże T. Pierwsze wnioski z testów to to, że sumy biorą raczej tam gdzie jedzą, a nie tam, gdzie śpią. Większość woblerów zwyczajnie za głęboko schodziła, ryła dno a w sumowych dołach nic nie brało. Okazało się, że trzeba dobrać głębokość schodzenia do łowiska, tak, by przy wypuszczeniu na ok. dwadzieścia metrów, muskały tylko co jakiś czas sterem dno.

Kolor woblera na sumy nie ma znaczenia. To tylko kwestia fantazji i upodobań

Kolejne wnioski dotyczyły koloru i akcji. Kolor, okazało się, nie ma znaczenia. Brania były i na najgorsze oczołomy, i na super ekologiczne malowane na płotki i uklejki. Co do akcji, to sprawdziła się szybka, agresywna, takie szerokie X z dużą częstotliwością. Niemrawe lusterkowce były zupełnie nieskuteczne. Co do wielkości, to też lekko się zdziwiliśmy, że na te największe nic nie bierze. Najlepsze okazały się takie wysmukłe, osiem, dziewięć centymetrów, z zaczepem w sterze. W sumie robiłem cztery podejścia, ale myślę, że te z ostatniej partii to już jest absolutnie TO!

Woblery z ostatniej partii. Absolutne sumowe killery.

Oczywiście piszę o swoim boisku, cztery do pięciu metrów, wypłycenia do trzech i pół, równy, słaby uciąg. Czy te moje doświadczenia to takie prawdy uniwersalne to raczej wątpię. Bardziej wskazówka, że trzeba frycowe zapłacić, trochę pokombinować, odrobinę podpatrzyć, wodę poznać i wyniki przyjdą.

Przy kombinacjach z woblerami wyszła jeszcze jedna sprawa. Sum ma brzydki zwyczaj (nie praktykuje tego zawsze, ale zdarza mu się) podnoszenia się do powierzchni i płytkiego żerowania. Jako remedium próbowałem stosować woblery o tradycyjnym kształcie, ster tak z sześćdziesiąt stopni, ale nie smakowały. U pomniejszych mistrzów wypatrzyłem salmiaki z takim powyginanym w Z sterem. Były łowne. Z resztą Pan Stasiuk, kompan niejednej wyprawy i flaszeczki lubił na podobne do nich rapalki łowić. I miał wyniki! Jak raz zmieniałem stery w trzeciej chyba partii to tak z ciekawości zamiast zrobić prosty, powyginałem ster kombinerkami. Wygląda trochę dziwacznie, sami zobaczcie, ale ma fajną agresywną akcję i schodzi na półtora do dwóch metrów. Strzał w dziesiątkę!

Sumowe dziwadła z wygiętym sterem. To wobler na sumy wzorowany na Egzekutorze firmy Salmo

Co do woblerów, to okazało się, że może je robić każdy. Nawet Henio posiadający ze trzy lewe ręce i ujemne zdolności manualne. Paskudne te jego wynalazki, wystrugane i pomalowane haniebnie, wstyd przy ludziach wyjąć. Same wady. No i jedna zaleta. Łowne są! Sami zobaczcie, co ten zwierzak na początku ma w pysku.

Wujek Janek 🙂

 

 

Na temat dodawania komentarzy…