Wreszcie mogę obwieścić, że w pełni rozpoczęliśmy sezon wędkarski na wrocławskiej Odrze. W ostatnią sobotę zwodowaliśmy łódkę! Nie mogliśmy się już doczekać, kiedy przeskoczymy z brzegu do naszego śródlądowego krążownika. Jako osoby w wieku cokolwiek już podeszłym, wolimy z Heniem wozić d… łódką, niż biegać po brzegu. To ostatnie zajęcie z przyjemnością pozostawiamy młodszym pokoleniom spinningistów. Niech młodzi, żądni nowych zdjęć na fejsa specjaliści od rwania gum nacierają na piechotę. My, od wczoraj, atakujemy już z wody. Royal Navy proszę koleżeństwa 🙂

Łódka, po zimie w heniowym ogródku, wymagała deko kosmetyki. Wymieniliśmy też pawęż. Ta fabryczna, plastikowa, od początku nie dawała rady przy pięciokonnym silniku. A jesienią się zwyczajnie rozleciała. Dwa centymetry wodoodpornej sklejki sprawuje się dużo lepiej. W sumie niby nic wielkiego do zrobienia nie było, ale ze trzy dni się krzątaliśmy. Nawet Pimpek się nie opierdzielał i korzystając z okazji ćwiczył kwokanie. Wszystkich, co nie czytali wcześniejszych postów (czyli pewnie większość 🙂 ) informuję, że Pimpek, znany też jako Samobieżny Ekologiczny Kwok Automatyczny model 2000, to nasza tajna broń na sumy. No może nie aż tak tajna, bo jak trollujemy pod elektrociepłownią, to go słychać nawet w Rędzinie.

Pimpek też się nie opierdzielał. Tu ćwiczy kwokanie – czyli darcie ryja w łódce. Tu uwaga odnosząca się nie tylko do wabienia ryb. Sam talent nie wystarcza. By osiągnąć mistrzostwo, trzeba wytrwale trenować 🙂

Z samym wodowaniem był pewien kłopot. Złapanie kontaktu z kierownictwem przystani zawsze do łatwych nie należało, a teraz jeszcze coś się tam u nich pozmieniało i nie było od kogo wziąć klucza do bramy. Pomijając już fakt, że oficjalnie przystań działa dopiero od maja, a my chcieliśmy się już zwodować. Trzeba było sprawę załatwić sposobem. Po prostu skorzystaliśmy ze slipu na bajorze (tam brama cały czas jest otwarta) i wjechaliśmy na naszą przystań od strony wody. Pisałem już, Royal Navy 🙂 Przy okazji sfilmowaliśmy ściąganie łódki z bagażnika przy użyciu wynalazku, jaki Henio wypatrzył gdzieś na YouTube. Gumowe kołki po których „schodzi” łódka mają zły rozstaw (Henio to już ponad rok temu miał poprawić, ale nie byłby sobą, jakby to zrobił), ale i tak bez specjalnego wysiłku można za pomocą tego ustrojstwa załadować łódką na dach samochodu. Albo ściągnąć, jak na filmiku. Choć, tak przynajmniej twierdzi Henio, film jest uniwersalny. Jak kto chce wiedzieć, jak załadować łódkę, to niech sobie filmik od tyłu puści 🙂

Ściągamy łódkę. Trochę to żałośnie wygląda, ale daliśmy radę 🙂

Przepływamy z Pimpkiem na naszą zatoczkę, Henio dojeżdża przez Most Milenijny z resztą gratów. Na przystani jeszcze pustki. Poza „całorocznymi” krypami na wodzie tylko jeden pędziwiatr. Widać, że początek wiosny to święto ruchome i dla każdego wypada w innym terminie. Ale jeszcze jeden ciepły weekend i towarzystwo wylegnie nad wodę. W sumie dobrze, że jeszcze nie ma tłoku. Nie musimy wykłócać się o nasze ulubione miejsce do cumowania 🙂 Chwilę gadamy ze znajomymi, kilku już szykuje łajby, ale jeszcze na brzegu i ruszamy do boju.

Na przystani jeszcze puchy. Tylko jeden pędziwiatr przycumowany do pomostu

Plan mamy prosty. Najpierw zimowisko i okonie. Jak to nie wypali, to przenosimy się pod elektrociepłownię spróbować ułowić jakiegoś klenika. Po drodze zamierzam trochę pofilmować. Pogoda przepiękna, wędkarze wylegli tłumnie, wiosna całą gębą 🙂 Plan niezły, porażka też niczego sobie 🙂 Na zimowisku barek okoni nie widać. Kręcimy się z godzinę, w końcu wyciągam jednego okonka. Widać, że lipa totalna. W dodatku okazuje się, że kamerka Henia się zawiesiła i z ujęć wczesnowiosennej Odry wyszły nici. Czas na plan B i elektrociepłownię. Po drodze wpadamy jeszcze na naszą zatokę dać szansę okoniom, ale też szału nie ma. Łowię cztery długości palca, Henio jednego, ale wymiarowego. Zbroimy sztywniejsze kije i pod elektrociepłownię.

Na zatoczce szału nie ma. Pada kilka okonków wielkości palca

Pod elektrociepłownią, jak już napisałem, zamierzaliśmy zapolować na coś karpiowatego. Już dwa razy wcześniej robiłem podchody do kleni i jazi. Ale w mieście niespecjalnie jest gdzie je łowić. Dawniej to się pod jazem albo elektrownią stawało, ale teraz już tylko na Różance można łowić w sensownej odległości od jazu. A tam woda całą wiosnę nie płynie i też nie ma czego szukać. Za Wrocław, na Bystrzycę czy Widawę, jechać mi się nie chciało. Dość się zimą nałaziłem po krzajach nad Parsętą i na razie mam dość takich eksperymentów. Przy filarze mostu kolejowego przy elektrociepłowni liczyłem na jakiś sukces. Przydałby się, bo tu się mi blog o łowieniu z różnym skutkiem okonków zrobił i wskazana by była jakaś odmiana.

Zaczynamy od mostu kolejowego. Obrabiamy pracowicie prawy filar. Z prądem, wachlarzykiem, pod prąd. Obrotówki, woblery. Mam jakieś dwa kontakty z rybą, ale raczej to szelki. Faktycznie, po chwili Henio ma na wędce rybę. Wygląda to poważnie, więc ciągniemy ją na dwa kije – jak raz wypuszczałem woblerka z prądem i zestawy się splątały. Po chwili okazuje się jednak, że to leszcz za szelki. Tylko podbierak śluzak uświnił. Wynosimy się spod filaru, żeby nie dokuczać zdechlakom. Szykują się do tarła – ten złapany miał już straszną tarłową wysypkę. Ale w ciepłej wodzie przy elektrociepłowni to normalka.

Hol zdechlaka na dwa kije. Sukces raczej wątpliwy. Za to filmik może służyć za przykład, jak to adrenalina wpływa na kulturę języka. Henio w ciągu tych kilku minut wykorzystał swój półroczny przydział na słowo na k. Tych na p i c (bo to się przez ch a nie samo h pisze) też nie brakowało 🙂

Próbujemy jeszcze w ciepłej wodzie wypływającej z elektrociepłowni. Tu widać żerujące ryby. Jakiś bolek pogonił, sum zaatakował do powierzchni. Ale naszych kleni i jazi nie widać. Albo olewają drobiazgi na które łowimy. Spływamy. Może w niedzielę będzie lepiej.

Niedziela

Wypływamy z mocnym postanowieniem, że coś sensownego wreszcie złowimy. W końcu gorzej jak wczoraj być nie może. A jednak 🙂 Pogoda się deko zepsuła, z wczorajszego ciepłego południowego wiaterku zrobiło się zimne, porywiste północne wietrzysko. Jedziemy od razu pod elektrociepłownię poszukać kleni. Udaje nam się nawet nagrać filmik, jak płyniemy pod most i zaczynamy łowić. I to jedyna rzecz , jaka się nam dzisiaj udała. Zero brań. Henio zanotował jedno „wyjście”. Jak poprawiał ustawienie woblera i ciągał go pod powierzchnią przy łódce, to mu bolek się koło niego zawinął. Kompletna klapa. Wracamy na zatokę dać szansę okoniom. Ale tu też porażka. Udaje mi się w końcu wydłubać dwa maleństwa. Daje mi to zwycięstwo w kategorii okoń na gumę i klasyfikacji open. Jak się domyślacie, Henio z Pimpkiem zajęli dobre drugie miejsce. Ex aequo 🙂 Za to Henio wygrał z nami w wyjściach 🙂

Pełni nadziei płyniemy po sukcesy. Filmik o niczym, ale przynajmniej udało się nam nakręcić kawałek nie przypadkiem, a z premedytacją. I na dodatek widać na nim to, co zaplanowaliśmy. Po prostu kinematograficzny sukces 🙂

Podsumowując, nasz pierwszy tegoroczny weekend na łódce to jedna wielka wędkarska porażka. Ale za to odnieśliśmy sukces logistyczny. Zatarganie łódki i reszty gratów na przystań poszło całkiem sprawnie. I o to w sumie chodziło. Łódka już na wodzie, a ryby z dnia na dzień będą coraz bardziej aktywne. No i brać zaczną. Taką mam przynajmniej nadzieję 🙂