..spienione goni fale”, jak śpiewał w swojej pięknej, nostalgicznej i nieco już zapomnianej piosence Piotr Szczepanik. Chyba nie ma nikogo wśród nas, emerytów i rencistów, kto nie poddał się w młodości urokowi tego hitu.

Młodzież może znać nagraną kilkanaście lat później przez zespól „Sedes” jego nowszą wersję z nieco zmienionym tekstem „Zachodni wiatr sp….lił majstra z dachu, na ch… tam lazł jak nie zna swego fachu?” ale nie miała już ona niestety uroku oryginału.

Na boleniowego hand made woblera pierwszy zameldował się skromny 50-tak

I właśnie zachodni wiatr, obok koronawirusa, jest dla mnie póki co przewodnim motywem tegorocznego wędkarskiego kwietnia. A właściwie nie tyle  sam wiatr co raczej  jego brak, albowiem od połowy kwietnia do pierwszego tygodnia maja we Wrocławiu porywisty wiatr ustawicznie dmucha zimnem z kierunku wschód-północny wschód. Wprawdzie stare wędkarskie przysłowie głoszące „gdy wiatr ze wschodu- rybak zdycha z głodu” często mi się w życiu sprawdzało, ale rzadko kiedy jego prawdziwość odczułem na własnej skórze tak dotkliwie jak tej wiosny. Nie dość że zimno, nie dość że ciężkie boleniowe przynęty latają gdzie i jak chcą (a raczej gdzie chcą podmuchy porywistego wiatru) to jeszcze fala na Odrze zgania drobnicę  w głębsze partie wody i namierzenie żerujących boleni jest właściwie niemożliwe. Innymi słowy póki co jest bardzo źle, jeszcze gorzej niż w zeszłorocznym, bardzo słabym pod względem połowu boleni, sezonie, a ilość powrotów „o kiju” już dawno przekroczyła granice przyzwoitości.  W czasie tego tragicznego bezrybia  zamieszam więc dla pokrzepienia serc wspominkowy wpis o jednym z tych nielicznych tegorocznych kwietniowych dni,  gdy wiał  łagodny ciepły wiaterek z zachodu umożliwiając namierzenie stada żerujących drapieżników i  trafienie całych trzech boleni.

Pierwsze podejście do podebrania „źle zaczepionego” 70 cm bolenia

Ostatni z nich, mierzący ponad 70 cm, polował koło łódki przez ładnych kilka godzin czyniąc mnóstwo zamieszania a do mojej przynęty przymierzał się dwukrotnie. Za pierwszym razem poczułem na kiju mocne uderzenie ale boleń minimalnie chybił. Podczas ataku wyskoczył nad powierzchnię wodyi widziałem  przez moment mojego wobka wiszącego z kącika jego pyska, niestety przynęta wpięta była zbyt słabo i wypadła w powietrzu.  Za drugim razem też chybił (tego samego niebieskiego woblera, choć w czasie intensywnego żerowania boleni używałem kilkunastu przynęt zmieniając je dosłownie co kilka rzutów) ale wobler utkwił dla odmiany tylna kotwicą w jego płetwie grzbietowej. Na szczęście jakimś cudem udało się doholować rybę do łódki i już za drugim podejściem wpakować do podbieraka.

Szczęśliwie ryba na koniec wylądowała w łódce

A oto niedługa filmowa relacja z tego wydarzenia: