Ostatnio wspominałem, że o zdrowie trzeba dbać, teraz dodam tylko, że i słownym być wypada. Jak Pan Stasiuk, który słów na wiatr nie rzuca, i jak powie, że się napije, to choćby się waliło i paliło, to się napije. To tak dla przybliżenia pojęcia słowności, a wracając do tematu, słowo się rzekło, że terapię będę kontynuował, więc odwrotu nie było. Zaraz po trzynastej jesteśmy na wodzie. Chciałem trochę na gumy z opadu połowić, ale Henio marudził i plan mamy jak wczoraj. Płyniemy na Różankę – tylko tam coś się wczoraj działo.

Żeby pustych przelotów nie robić, trolujemy od przystani. Wzdłuż cypla szczupaczek, niewymiarek ale zawsze coś, i okonek dwudziestak, za winklem Heniu ciut większe zębaczątko wyhacza (te zdrobnienia to tak ze względu na haniebne rozmiary wzmiankowanych) i już jesteśmy na Różance. A tu niespodzianka, są brania! Nie jakieś tam potwory, ale co i rusz czepia się jakiś okonek albo szczupaczek.

A to szczupaczek…

A to okonek…

Nawet pomniejsi mistrzowie mają jakieś wyniki…

W sumie siedem szczupaków i dobrze ponad dwadzieścia okoni. Okazy, jak już wspomniałem, to nie były, ale częste brania dały nam masę uciechy. Miło, że w środku miasta można połowić. Nawet dublet się trafił, wzięły jednocześnie. Sądząc po pokroju samiec i samiczka. Henio, świntuch z natury, od razu zaczął czynić uwagi typu „Wcześnie w tym sezonie zaczynają”, „Do kwietnia im się czekać nie chciało” itp. Nie ładnie, zwróciłem mu uwagę, żeby nie było. A ten zamiast twarz krótko trzymać, to jeszcze zaczął narzekać, że dublet fajny, ale wolałby całą sexgrupę namierzyć. Ręce opadają.

Nawet dublet się trafił, wzięły jednocześnie…

Miło było tak do piętnastej, może trochę dalej. Później skokowo zrobiło się zupełne bezrybie. Widać żerują tylko w środku dnia, a my po prostu za późno zaczynamy. Ale trzeba uczyć się na błędach, jutro zaczynamy o dziesiątej!

 

 

Na temat dodawania komentarzy…