Do obrotówek mam ogromny sentyment. To dzięki nim odniosłem pierwsze znaczące spinningowe sukcesy. Będąc jeszcze młodym gliździarzem dostałem w prezencie od Wujka Walka zestaw trzech Meppsów Aglia. Żółtą jedynkę, dwójkę i trójkę. Jakie okonie i szczupaki padły na nie na Rybackim, ile to potoków wyjechało z Liśnicy. A wszystko z dodatkowym dreszczykiem, bo w tamtych czasach, żeby łowić na blachę przed osiemnastką, to trzeba było zostać jakimś tam młodzieżowym aktywistą wędkarskim. To jak raz nie było w moim stylu i łowiło się „z partyzanta”. Miło się wspomina 🙂 Teraz w zasadzie to na obrotówki łowię rzadko, a właściwie to prawie wcale. Szczególnie od kiedy mamy łódkę, to tylko woblery albo gumy… Jednak jako wręcz maniakalny twórca przynęt spinningowych nie mogę sobie jakoś odmówić przyjemności płynącej z ich robienia.

Nie zamierzam tu strugać jakiegoś wtajemniczonego fachowca od wirówek. Po prostu chcę pokazać, że w prosty sposób, przy zaangażowaniu minimalnych środków technicznych, można raz dwa skonstruować całkiem łowne przynęty. A więc do dzieła! 🙂

Materiał na błystki obrotowe

Do skonstruowania obrotówki potrzebne nam będzie kilka rzeczy. Przede wszystkim blacha na skrzydełko. Nada się tu wszystko, co jest nierdzewne i ma 0,6-0,7 mm grubości. Do największych nawet 0,8 mm. Blacha nie może być cieńsza, bo wtedy skrzydełko jest zbyt lekkie. W czasie prowadzenia ustawia się prawie prostopadle do osi błystki, całość się blokuje i obraca skręcając linkę. A przecież pracować ma przede wszystkim skrzydełko . Drut – oś blachy ma się nie kręcić. Z kolei zbyt grube skrzydełko „klei się” do korpusu i nie pracuje. Zbyt mały lub zbyt duży kąt odchylenia skrzydełka można regulować korygując jego wypukłość. Ale o tym za chwilę 🙂

Blacha grubsza niż podałem wyżej też się nie zmarnuje, o ile możemy w naszym warsztacie pohałasować. Ja z takiej robię skrzydełka „młotkowane”. Cieńszą stroną młotka rozklepuję taką blaszkę i dopiero wycinam skrzydełko. Blacha z takim skrzydełkiem wygląda bardziej fachowo. Od razu rzuca się w oczy, że to dopracowana konstrukcja, a nie jakiś badziew. Ale żeby przez to wzrastała łowność, to śmiem wątpić. Ponieważ jednak nasze hobby ma być przede wszystkim zabawą, to jak ktoś ma ochotę wykazać się „metaloplastycznie”, to czemu nie 🙂 Nie zachęcam i nie odradzam 🙂

Błystki obrotowe z młotkowanymi skrzydełkami – z rozklepanej końcówką młotka blachy. Rzecz dla najbardziej zawziętych wędkarzy-majsterkowiczów 🙂

Na korpusy potrzebne nam będą jakieś pręty. Grubość 6-8 mm. Nadają się przede wszystkim mosiężne, ewentualnie brąz czy fosforobrąz. Wykonane z nich korpusy łatwo przewiercić wzdłuż osi. Z miedzią i jakimiś kwasówkami już tak łatwo nie jest. Miedź się „ciągnie” i klinuje wiertło, a chromonikiel jest strasznie twardy i ciężko ręczną wiertarką dać im radę. Jak ktoś dysponuje lepszym sprzętem, to sobie poradzi, ostrzegam tylko 🙂 Oczywiście korpus obrotówki to niekoniecznie ma być walec z dziurą na wylot.

Korpusy niekoniecznie muszą być zrobione z przewierconego osiowo pręta. Powyżej obrotówki z korpusami z mosiężnych i miedzianych koralików

Można go złożyć np. z kilku koralików, ołowianych śrucin itp. Można też go zrobić z drutu. Moje miedziane korpusy to właśnie takie ciasno nawinięte sprężynki. Drut na nie wyciągam z przewodów elektrycznych, a te z kolei od sąsiada budowlańca, który zawsze w swoich trzymanych na czarną godzinę rupieciach znajdzie coś odpowiedniego. Jak się nie ma zapobiegliwego i uczynnego sąsiada, to wystarczy w sklepie elektrycznym kupić metr czy dwa jednożyłowego przewodu odpowiedniej średnicy i po sprawie 🙂

Błystki z korpusami ze zwiniętego w spiralę miedzianego drutu

Strzemiączka oraz koraliki, grzybki, startery itp. elementy łożyskujące dawniej kombinowałem z jakichś blaszek, ciąłem końcówki wkładów do długopisów i wyprawiałem masę innych sztuczek. Teraz nie ma z tym kłopotu. Po prostu na Polfishingu kupiłem kilka garści tego drobiazgu i mam zapas na lata. Polecam takie rozwiązanie. Inwestycja groszowa a zaoszczędzimy masę czasu i nerwów. Jedna tylko uwaga. Przy zakupie strzemiączek wybierajcie te wygięte z pręta, nie z blaszki. Są zdecydowanie lepsze 🙂

Moje zapasy drobiazgów. Zamiast klasycznych talerzyków (grzybków, starterów czy jak tam je jeszcze zwą) używam kulek. To jakieś główki  do streamerów czy czegoś podobnego. Ważne, że kosztują jakieś grosze 🙂

Żeby zmontować obrotówkę potrzebny będzie drut. Twardy, sztywny, gładki, nierdzewny, czyli ortodontyczny spring hard. Opisałem go w pierwszej części cyklu o robieniu woblerów, więc jeśli kto ciekaw szczegółów, to odsyłam tam właśnie 🙂 Tu tylko powiem, że do obrotówek, podobnie jak i woblerów, wystarczy 0,8 mm do większych i 0,7 mm do mniejszych. Jak kto chce konstruować zupełne maleństwa, to 0,6 mm, a do potworów 0,9 mm.

Obrotówka po kolei

Zaczynamy od skrzydełka, łopatki, listka, czy jak tam jeszcze nazywają ruchomą część obrotówki. A właściwie to od wyboru jego kształtu. Im bardziej będzie zbliżone do koła, tym szerzej będzie wirować. Tzn. kąt między płaszczyzną skrzydełka a osią obrotu będzie większy. Można tu coś własnego wymyślić. W zasadzie co byśmy tam nie wycieli, to jeżeli będzie w miarę symetryczne, po odpowiednim wyprofilowaniu, będzie jakoś tam się kręcić. Ale po co wyważać otwarte drzwi. Na początek lepiej „pójść w klasykę” i odrysować skrzydełko któregoś z rodzajów Meppsa. Najlepiej Aglii Longa, bo te najłatwiej wyciąć. Ja tak właśnie robię 🙂

Czyli odrysowujemy wybrany wzór skrzydełka na blaszce (fot.1) i wycinamy (fot.2). Wyrównujemy niedokładności pilnikiem (fot.3) i już możemy wziąć się za wyklepanie wypukłości (fot.4). Ja to robię zaokrągloną główką śruby na pieńku z lekkim zagłębieniem (fot.5). Z wielkością wypukłości nie ma co przesadzać. Im jest większa, tym skrzydełko chodzi pod mniejszym kątem i łatwo sprawić, że zaczyna się kleić do korpusu, błystka nie chce wystartować albo w ogóle nie pracuje. Z drugiej strony ciężko wycyrklować tą właściwą, więc lepiej niech jest ciut większa. Nad wodą wystarczą w razie czego jedno, dwa delikatne klepnięcia, by błystka ożyła. A jak będzie skrzydełko zbyt płaskie, to już go tak łatwo nie wyklepiemy w warunkach polowych 🙂 Po wyklepaniu wypukłości kładę skrzydełko na płaskim blacie i delikatnie stukam w nie trzonkiem młotka, aż jego krawędzie będą w jednej płaszczyźnie (fot.6).

Najpierw odrysowujemy na blaszce kształt skrzydełka od wzornika. Ja wybrałem na wzór skrzydełko Meppsa Agli Long 2. Za rysik służą mi zazwyczaj wkręty do regipsów.

Teraz wycinanie skrzydełka. Nie róbmy tego zbyt oszczędnie, by nie zmarnować niechcący kształtki. Mamy przecież jeszcze dać szansę pilnikowi 🙂

Wspomniany pilnik w akcji. Nim niwelujemy niedokładności wycinania.

Kopia Longa Dwójki gotowa do wyklepania.

Krępowanie skrzydełka. Ja to robię śrubą z zaokrągloną główką. Mam je w kilku rozmiarach. Tak, by można było dobrać właściwą do rozmiaru skrzydełka. Pamiętajmy – im cieńsza blacha, tym skrzydełko musi być mocniej wyprofilowane, by nie chodziło za szeroko.

Po klepaniu skrzydełko jest lekko wygięte. Wystarczy delikatnie postukać trzonkiem młotka, by jego krawędzie znalazły się w jednej płaszczyźnie. Ale tak z czuciem, by go z powrotem nie rozpłaszczyć.

Jeszcze jedna sprawa. Skrzydełek w kształcie aglii i cometa mają taki płaski rancik – brzeżek. A wiecie po co ten rant jest? Ano po nic 🙂 Jeżeli wpływa na cokolwiek, to jedynie na estetykę. Tak domowym sposobem to da się go zrobić ściskając brzegi skrzydełka końcami kombinerek (fot.30). Wygląda tak sobie, ale po wypolerowaniu od biedy może być (fot.31). Wielkiego sensu to nie ma, ale jak się ktoś zaweźmie… A w ogóle, jak chcemy szerzej wirującą blaszkę, to prościej zrobić bardziej płaskie i nieco szersze skrzydełko typu long, niż się z agliami czy innymi cometami szarpać 🙂

Płaski brzeżek Agli domowym sposobem. Podginamy i ściskamy kombinerkami brzeg wyprofilowanego już skrzydełka. Zajęcie deko bezsensowne, ale to przecież zabawa 🙂 Skrzydełko Agli powinno mieć głębszy profil niż ten w Longu. Inaczej będzie wirowało zbyt szeroko, a w zasadzie to kręciło całą błystką, zamiast obracać się na drucie.

Po wypolerowaniu wygląda to po japońsku, czyli jakotako. W każdym bądź razie rekord świata to nie jest 🙂

Na tym etapie możemy zrobić jeszcze jedną rzecz. Popracować mianowicie nad estetyką skrzydełka. Ja mam tak, że woblery to mogą być w najbardziej wściekłych kolorach. Za to obrotówki lubię w takim „stylu rustykalnym”, lekka patyna itp. Dlatego skrzydełek nie maluję. Za to wyżynam na nich drobną łuseczkę. Jakimś rysikiem robię równoległe kreski pod kątem do osi symetrii skrzydełka. W jedną i drugą stronę. Fajnie wychodzi, jak kreski odrysowujemy od brzeszczota (fot.8). Wychodzą takie drobne fale (fot.9).

Nie lubię „gołych” skrzydełek i zazwyczaj wydrapuję na nich drobną siateczkę. Kreski robione od starego brzeszczotu są deko pofalowane i nasza łuseczka fajniej wygląda. Takie eksperymenty lepiej robić już po wyklepaniu. Raz, że nie zniszczymy wzorku, a dwa, to wyprofilowane skrzydełko dociśnięte brzeszczotem nie wyślizguje się i pociągane rysikiem nie obraca się wte i wewte 🙂

Od razu lepiej. Widać, że fachowiec to robił 🙂

Ciekawy efekt można też uzyskać, dociskając w imadle skrzydełko do grubego pilnika. Oczywiście trzeba to zrobić przed wyklepaniem. A i imadło pancerne być musi 🙂 Czasami zamiast łuski robię tylko na skrzydełku srebrne akcenty z cyny – paski albo kropki. A czasami całe powlekam cyną i dopiero na niej wyskrobuję łuseczkę. W ogóle te działania upiększające to całkiem niezłe pole do popisu dla naszej inwencji i każdy może wymyślić coś swojego 🙂

Co do tego cynowania całych skrzydełek, to już czas przeszły. Robiłem tak, bo brakowało mi zawsze materiału na srebrne skrzydełka. Ale po wymianie dachówek, a przy okazji i rynien, został mi się kawałek rynny z tytancynku. Rewelacja. Grubość w sam raz, miękki, tnie się bez problemu nożyczkami. Jest plastyczny i łatwo go wyklepać. I da się go zlutować np. z mosiądzem, i mogę robić z niego swoje dwukolorowe wahadłówki na troć. Ostrzegam tylko, że momentalnie śniedzieje. Mi to nie przeszkadza, wspominałem, ze lubię błystki z patyną. Ale jak ktoś woli skrzydełka typu polerowany nikiel, to musi znaleźć inny materiał. Może wkłady kominowe z kwasówki by się nadały? Muszę sprawdzić, z jak grubej blachy są robione 🙂

Pozostał jeszcze do zrobienia otwór w skrzydełku na strzemiączko. Zaznaczamy punktakiem (fot.9) i wiercimy (fot.10). Tu możemy mieć problem z jego symetrycznym usytuowaniem, bo przy wierceniu często-gęsto lekko przekosimy. Sposobem na to może być użycie na początku wiertła o mniejszej średnicy niż zaplanowany otwór. Ewentualne niedokładności korygujemy powiększając otwór w odpowiednim kierunku. Ja to robię końcem nożyczek (fot.11).

Nie przywalmy za mocno, bo powyginamy skrzydełko 🙂

Otwór ma mieć ok. 3mm. Wiercę więc dwójeczką, a potem…

…a potem końcem nożyczek rozwiercam otworek tak, by był usytuowany symetrycznie względem krawędzi skrzydełka. Może ktoś z sokolim wzrokiem od razu idealnie wyceluje odpowiedniej grubości wiertłem. Przy mojej sześćdziesiątce na karku i okularach 3,5 do czytania wychodzi mi to zazwyczaj tak sobie i wolę mieć pole manewru 🙂

Zbliżamy się powoli do mety. Jeszcze tylko fazujemy grubszym wiertłem otwór (fot.12) i skrzydełko jest gotowe do polerowania (fot.13).

Zawsze są po wierceniu czy rozwierceni jakieś zadziory – dwa, trzy obroty grubszym wiertłem i po sprawie 🙂

Skrzydełko eleganckie, ale łapska to sobie przy tych zabawach z obrotówkami strasznie zapuściłem. Znowu w pracy nic nie zrobię, bo ręce cały czas w kieszeniach będę chował 🙂

Co do polerowania, to dobrze mieć jakąś tarczę do zamocowania w wiertarce. Miałem taką zrobioną z filcu, ale ją diaboł ogonem nakrył i nie mogłem jej ostatnio znaleźć. Poradziłem sobie w ten sposób, że na śrubę, między dwiema podkładkami, nawinąłem ciasno wełny, całość skręciłem nakrętką i jakoś działa (fot.14,15). Jeżeli blachę na skrzydełko odpuszczaliśmy na początku (rozgrzewaliśmy), to pokryta jest nalotem i lepiej ją wypolerować przed klepaniem i robieniem łuseczki – łatwiej ją wtedy doczyścić. Na koniec tylko ją lekko liźniemy i wystarczy 🙂

Moja maszyna polerska w akcji.

Ustrojstwo wygląda haniebnie, ale da się na tym wypolerować skrzydełko 🙂

Zakładam, że koraliki i strzemiączka mamy „kupne”, więc do zrobienia poza montażem całości został nam korpus. Tu też wielkiej filozofii nie ma. Przycinamy kawałek pręta na odpowiednią długość (fot.16) (ja to robię przykładając brzeszczot do obracającego się w wiertarce pręta (fot.17, fot.18) – cięcie wychodzi idealnie prostopadle, a na dodatek ślad po cięciu wyznacza nam środek przekroju. Trasujemy otwór (fot.19), ustawiamy przyszły korpus pionowo (fot.20) i wiercimy. Wiertło dwójka, grubszym łatwiej wiercić, ale otwór jest zbyt szeroki i po zmontowaniu całość nie wychodzi centrycznie.

Najlepiej wiercić wiertarką stołową, czy zwykłą w statywie. Nie posiadam takowych, więc radzę sobie zwykłą (fot.21). Przy odrobinie uwagi wychodzi to znośnie. Ważne, by przynajmniej z jednej strony otwór wypadł centrycznie. Przy dłuższych korpusach wiercę z dwóch stron, bo na takich trzech czy tam czterech centymetrach łatwo sporo przekosić. Dwójką do połowy, a potem grubszym wiertłem (2,5 czy nawet 3) z drugiej strony(fot.20). Nawet jak oba otwory nie spotkają się idealnie, to zawsze się jakoś drut przepcha 🙂

Przewiercony korpusik wkładam w wiertarkę i przykładając pilnik robię fazkę z przodu (fot.22, fot.23). Tył wyrównujemy pilnikiem (fot.24) a grubszym wiertłem (np. 6 mm) robimy wgłębienie z tyłu (fot.25). Jeszcze dwa nacięcia na korpusie (fot.26) – lepiej wygląda 🙂 końcowe wygładzanie drobnym pilnikiem (fot.27, fot.28) i gotowe (fot.29). Dwa dlatego, że jak robiłem trzy, to ciężko było wycyrklować, by odległości między nimi były równe i zamiast lepiej, to wyglądało gorzej 🙂 Przy dwóch nie ma tego problemu. Możemy zrobić jeszcze jedną sztuczkę. Teraz, choć lepiej jeszcze przed ucięciem pręta na korpusik. Pręty są grubości 6 albo 8 mm i ta szóstka moim zdaniem jest ciut za cienka, szczególnie dla jedynek i dwójek. Lepsza była by siódemka. I to nie jest problemem, bo możemy przykładając do obracającego się pręta płaski pilnik zjechać go do pożądanej średnicy.

Odmierzamy i zaznaczamy odpowiednią długość korpusu. Dobrze mieć w arsenale błystki z takim samym skrzydełkiem ale o różnym ciężarze. Jednak sytuacja, że każda waży inaczej to już przesada. Wybierzmy dwie – cztery długości korpusiku i tego się trzymajmy. To się powtarzalność przynęt nazywa 🙂

Wiertarka w imadle będzie robiła teraz za naszą tokarkę 🙂

Wystarczy docisnąć brzeszczot do kręcącego się pręta i po chwili mamy równo ucięty kawałek.

Punktak do boju. Po cięciu moją metodą mamy ułatwione zadanie – jego ślad wytycza nam środek przekroju.

Ustawmy przyszły korpusik dokładnie pionowo, bo zbliża się już moment krytyczny całej operacji, czyli wiercenie 🙂

Wiercę zwykła wiertarką. Na niewielkich obrotach i z „czuciem”, bo cienkie wiertło łatwo złamać. Lepsza by była wiertarka stołowa, ale i taką zwykłą przy odrobinie staranności da się radę. Może nie wychodzi idealnie, ale do naszych celów wystarczająco dokładnie.

Po wierceniu jest już z górki. Znowu nasza tokarka w akcji. Dociskam pod kątem płaski pilnik i z przodu korpusu robię stożek.

Rzeczony stożek w całej swojej szpiczastej okazałości 🙂

Teraz lekko fazuję krawędź z tyłu…

...dociskam grubsze wiertło i robię małe nawiercenie – lepiej się układa oczko do kotwiczki czy koralik fluo, jeżeli taki sobie zaplanujemy. Jeszcze niedawno takie nawiercenie robiłem stożkowym przyrządem, ale przeniósł się on ostatnio, podobnie jak moja tarcza polerska, do kategorii Rzeczy Nie Do Znalezienia 🙂

Teraz jakieś dwa niegłębokie nacięcia, żeby korpus taki goły nie był.

Mała polerka drobnym pilnikiem z tyłu…

…i przodu.

No i po robocie. Nasz korpus gotowy 🙂

Własnoręcznie wykonane korpusy przydadzą się nam nie tylko do konstruowania własnych obrotówek, ale także do modernizacji tych kupnych. Często gęsto te ostatnie okazują się zbyt lekkie i warto je mieć w arsenale także w wersji przeciążonej. Szczególnie, gdy zamierzamy łowić pod prąd. Mając własne korpusy możemy dostosować błystkę do konkretnego łowiska czy warunków aktualnie na nich panujących. Tak przynajmniej robią fachowcy 🙂

Wspominałem już, że korpus można zrobić także z drutu, w moim przypadku miedzianego. To żadna filozofia 🙂 W imadło wkręcam kawałek szprychy rowerowej z przyciśniętą do niego końcówką drutu (fot.32,33) i drut nawijam ciasno wokół szprychy (fot.34,35). Potem wyciągam szprychę (fot.36) a miedzianą spiralkę przycinam na odpowiednią długość (fot.37). Teraz do wiertarki i pilnikiem fazka z przodu (fot.39) i lekkie nawiercenie z tyłu (fot.40). I gotowe(fot.41) 🙂 Przed robieniem fazki dobrze jest ścisnąć deko drut przy otworze wylotowym, by był on nieco mniejszy (fot.38). To taki odpowiednik wiercenia dwójką a nie dwa i pół, o którym wcześniej wspominałem.

Szprychę zaginam. Tak lepiej siedzi w imadle i jest za co złapać i pokręcić, gdy ją wyciągam z gotowej już sprężynki.

Szprychę i miedziany drut ustawiam tak, by w szczękach imadła zachodziły na siebie. Nie ma wtedy ryzyka, że drut się wyśliźnie.

No i kręcimy 🙂

Gdyby zwoje sprężynki rozjechały się nam deko, to wystarczy postukać lekko z góry wzdłuż szprychy. Chwytam kombinerkami powyżej spiralki i delikatnie stukam młotkiem w kombinerki. Miałem zrobić zdjęcie i zapomniałem 🙂 Gdy korpus ma być dłuższy, to można to zrobić i bez rozjeżdżania – tak kontrolnie 🙂

Wyciąganie szprychy. Teraz przydaje się to zagięcie 🙂

Teraz już tylko kosmetyka. Przycinam na odpowiednią długość…

…lekko zaciskam „otwór wylotowy”.

Teraz lekka faska – stożek z przodu. Nie wiem , w którą stronę nawiniecie spiralę, ale ustawcie kierunek obrotów w wiertarce tak, by po dociśnięciu pilnika spiralka się nie rozwinęła.

Teraz, jak przy korpusie z pręta, lekkie stożkowe nawiercenie. Wcześniej warto przyłożyć płaski pilnik do końca korpusu i zjechać go do jednej płaszczyzny.

Ale zakręcony korpusik 🙂

Gdy wszystkie części mamy gotowe, możemy przystąpić do montażu. Jeżeli mamy większy kłębek drutu można to zrobić na dwa sposoby: oszczędny i „na bogato”. W pierwszym elementy nawlekamy na drut „od góry” – strzemiączko ze skrzydełkiem, koraliki, korpus. Teraz na końcu oczko na kotwiczkę i nawlekamy korpus na podwójny drut, krótką końcówkę zaginamy i obcinamy możliwie najbliżej korpusiku. Teraz oczko z przodu i już. Metoda rozrzutna tym się różni od oszczędnej, że najpierw robimy oczko na kotwiczkę. Teraz ucinamy kawał drutu z gotowym już oczkiem, nawlekamy elementy, zaginamy co trzeba i robimy przednie oczko. Niestety, by dało się je wygiąć i zakręcić, musimy mieć przynajmniej kilkucentymetrowy kawałek zapasu do chwycenia. I ten zapas idzie w piach 🙂 Oczywiście, gdy kupimy sobie dental w małych rolkach (2-3 m) problemu nie ma.

Poniżej pokaz montażu obrotówki metodą „na bogato” – najpierw dolne oczko. Zamieszczam go tak dla porządku, bo nie wierzę, by ktoś nie potrafił wygiąć dwóch w miarę okrągłych oczek na kawałku drutu 🙂
A więc leci to tak: jak już mamy wszystkie elementy gotowe (fot.42) to wyginamy oczko na kotwiczkę (fot.43,44,45), przycinamy drut na odpowiednią długość (fot.46), zakładamy korpus (fot.47), dociskamy mocno oczko (u mnie do imadła) i blokujemy korpus wyginając w bok krótszy kawałek drutu (fot.48) i prostujemy drut (fot.49).

Gotowe części i drut do złożenia naszej obrotówki.

Najpierw zakręcamy dookoła gwoździa (2,5-3 mm) drut…

Obściskujemy nasze oczko kombinerkami i podginamy w jedną i drugą stronę.

I oczko na kotwiczkę gotowe. Nawet mało zezowate wyszło 🙂

Przycinanie. Pamiętajmy, że przy zakręcaniu górnego oczka musimy mieć za co chwycić, więc tnijmy z zapasem.

Korpusik to chyba każdy bez pouczania nawlecze 🙂

Unieruchamiamy korpus na drucie wyginając krótszy wąsik. Przy tej operacji trzeba mocno docisnąć drut, tak by później korpus nie latał. Niby to latanie w niczym nie przeszkadza, ale sztuka na tym cierpi 🙂 Tego odgiętego kawałka nie ucinam na razie. Łatwiej z nim idzie prostowanie drutu.

Prostowanie. Wystarczy przejechać kilka razy po drucie zaciśniętymi palcami i po sprawie 🙂

Teraz dopiero ucinamy zbędny odgięty kawałek (fot.50) – z nim łatwiej idzie prostowanie, nakładamy koraliki (fot.51) i strzemiączko ze skrzydełkiem (fot.52), wyginamy (fot.53) i zakręcamy (fot.54) górne oczko, odcinamy niepotrzebny kawałek drutu (fot.55), zakładamy  kółko łącznikowe z kotwiczką (fot.56) i gotowe (fot.57) 🙂

Przyszedł czas na ucięcie odgiętego wąsa. Uważajcie, by pozostały kawałeczek nie był zbyt długi i ostro zakończony.

A teraz po paluszku, czyli nakładanie koralików łożyskujących strzemiączko…

… i strzemiączka ze skrzydełkiem. Sprawdźcie, czy zrobiliście to w dobrą stronę. Mi już kilka razy udało się w pośpiechu skręcić obrotówkę ze skrzydełkiem obróconym wypukłością do korpusu 🙂

Górne oczko. Tak jak to dolne, ale na gwoździu 2 mm 🙂

Po wygięciu górnego oczka obrotówki łapię za nie kombinerkami i zakręcam drut. Nie róbcie tu centymetrowej spirali – wystarczy półtora obrotu, góra dwa.

Po ucięciu warto sprawdzić, czy nie został wystający ostry kawałek. Może nam przeciąć plecionkę i lepiej go usunąć.  Można go docisnąć albo „liznąć” pilnikiem.

Kotwiczkę do błystki zakładam na kółeczku łącznikowym. W razie czego wymiana nie stanowi problemu.

Błystka obrotowa typu Long2 gotowa. Nawet dość ładnie wyszła 🙂

Jeszcze mała uwaga na temat oczek. To od kotwiczki wyginam na gwoździu, czy co tam mam pod ręką, grubości ok. 3 mm. Przednie musi być mniejsze, dwumilimetrowy gwóźdź będzie w sam raz. Przy okazji jeszcze rada. Kotwiczkę doczepiajcie na kółeczku łącznikowym, nie bezpośrednio na dolnym oczku. Z kotwiczką lubi często gęsto się coś spieprzyć, i wtedy bez problemu ją wymienimy, bez konieczności rozmontowywania całej błystki.

I to chyba tyle na temat własnoręcznego wykonania klasycznej obrotówki. Poza uciechą, jaką będziemy mieli, gdy się coś do naszego hand made uczepi, dochodzi jeszcze jedna ważna rzecz, o której już wcześniej wspominałem. Jesteśmy w stanie przygotować zestaw różniących się rozmiarem i gramaturą błystek, z którego zawsze wybierzemy tę odpowiednią do konkretnych warunków na łowisku.

Spinnerbaity

Jak już zająłem się wirującymi skrzydełkami, to wspomnę o spinnerbaitach. To ten drut wygięty w V, ze skrzydełkiem na górze i najczęściej gumą na główce na dole. Można zamiast gumy doczepić jakiś wiecheć – Amerykance tak robią. W ogóle spinnerbait to amerykański wynalazek. Podobno wymyślił go gość na zawody w łowieniu bassów. Dość oryginalne zawody, bo wgrywał ten, na którego przynętę przez całe zawody nie skusiła się żadna ryba. W zamyśle konstruktora wirujące skrzydełko miało odganiać bassy od umieszczonej poniżej przynęty. A tu niespodzianka – co rzut, to ryba 🙂

Z tak spektakularną skutecznością spinnerbaitów się nie spotkałem niestety. Praktycznie używam ich w jednej sytuacji. Gdy chcę łowić szczupaki na gumy na bardzo płytkiej wodzie, czy też nad zielskiem dosięgającym prawie powierzchni i zależy mi na długim rzucie i wolnym prowadzeniu. Sama guma stawia mały opór w wodzie i ciężko ją utrzymać na powierzchni, a zastosowanie bardzo lekkiej główki skraca rzuty. W takich sytuacjach niezastąpione są szeroko wirujące obrotówki, albo spinnerbaity właśnie. Dzięki nim, zamiast główki 3,5 g możemy użyć np. dziesiątki. Zapewni nam to zdrowe smalnięcie, a dalej będziemy w stanie utrzymać przynętę przy powierzchni.

Sprężynka na spinnerbait gotowa. Teraz wystarczy zrobić oczko na górze, agrafkę lub oczko na dole, doczepić skrzydełko na krętliku i gotowe 🙂

Zrobienie spinnerbaita to dosłownie moment, o ile mamy już gotowe skrzydełko. Zakręcamy dwa razy drut wokół dwu-trzy milimetrowego pręta. Otrzymujemy taką sprężynkę z dość długimi „wąsami”. Teraz na ich końcach robimy oczka. Górne, to do którego doczepimy krętlik ze skrzydełkiem, zakręcam na stałe. Na dolnym robię coś w rodzaju agrafki. Umożliwia ona wymianę przynęt. Oczywiście można zrobić stałe oczko, a przynętę doczepiać kółeczkiem łącznikowym czy agrafką. Moje rozwiązanie jednak bardziej mi się podoba – taka agrafka na stałe jest bardziej elegancka 🙂 Z doczepianiem krętlika i skrzydełka już nie kombinuję. Używam dwóch kółeczek łącznikowych, ewentualnie jednego kółka i krętlika z agrafką.

Nasza sprężynka już z oczkiem na górze, agrafką wygiętą na dole i doczepionym skrzydełkiem, czyli gotowy do akcji spinnerbait 🙂

Ze skrzydełek można też zrobić tandemik. Zanim zrobimy oczko na górnym wąsie, to zakładamy na niego strzemiączko ze skrzydełkiem, jak w obrotówce. Teraz łożyskujący koralik albo dwa, oczko i krętlik z drugim skrzydełkiem. Takie ustrojstwo to dopiero zamiata 🙂

Spinnerbait „agliowo-longowy” 🙂 Jak robimy taki tandem, to na górnym wąsie warto zawinąć (wystarczy raz) dodatkową sprężynującą pętelkę. Tak, by kawałek ze skrzydełkami ustawiał się przy prowadzeniu poziomo. Przednie skrzydełko wtedy lepiej startuje i pracuje. Oczywiście można zwyczajnie lekko zagiąć drut, ale wtedy już tak elegancko nie wygląda 🙂

Obrotówki (te klasyczne, które głównie robię) i spinnerbaity nie wyczerpują oczywiście tematu przynęt z wirującym skrzydełkiem. Są przecież jeszcze obrotówki bez strzemiączka (nie lubię ich, to i rzadko je robię), obrotówki bez korpusu, woblery ze skrzydełkiem na krętliku zamiast tylnej kotwiczki, podobne do nich, odlane z ołowiu, wirujące ogonki, główki jigowe ze skrzydełkiem i sporo innych. Ale o tych ustrojstwach już przy innej okazji 🙂

Wujek Janek 🙂